„Ciche miejsce” (2018)

„Ciche miejsce”, to ten rodzaj produktu, który sprzedawany w opakowaniu niezależnego i niemalże „artystycznego” kina gatunkowego, finalnie okazuje się być standardowym jankeskim straszakiem, w którym bardziej wkurzamy się na postępowanie bohaterów, niż na potwory. O dziwo jednak, powyższe wcale go nie skreśla. Dziełko Johna Krasinskiego jest bowiem zrealizowane na tyle rzetelnie, że kino i tak opuszcza się zadowolonym, nawet jeśli towarzyszy temu przekonanie, że liczyło się jednak na coś więcej.

Rzecz osadzona jest w świecie, w którym jeźdźcy apokalipsy zdążyli już zsiąść z koni i powiedzieć „cześć”. Film w żadnym momencie nie tłumaczy, jak doszło do tego, że cywilizacja się zawaliła, ale rozbudowana sekwencja początkowa, szybko i sprawnie objaśniająca nowe „zasady gry”, daje niejakie rozeznanie w temacie. Wszelaki hałas, czy to wyrwany z ludzkiego gardła, czy to będący efektem działania praw fizyki zazwyczaj kończy się brutalnym i efektownym zgonem hałasującego. Kichniesz – po Tobie; nadepniesz w lesie na gałąź – jesteś martwy; upuścisz szklankę – masz przesrane; zostawisz otwarte okno lub drzwi przy silnym wietrze – nie musisz już rano wstawać do pracy, itd.

Maszkary będące źródłem całego zamieszania zrealizowane zostały w gatunkowym standardzie, zatem są odpowiednio obce i odpychające. Dostajemy zresztą wiele okazji, by dokładnie im się przyjrzeć, bo twórcy filmu nie chowają ich w cieniu. Nie wiadomo skąd się wzięły[1]Dla ciekawskich: w jednym z popremierowych wywiadów Krasinski przyznał, że są to zdecydowanie istoty pochodzenia pozaziemskiego. Zob. John Krasinski Reveals the Origins of the ‘Quiet Place’ Monsters. i czy lubią, to co robią, ale pomimo całkowitej ślepoty ich skuteczność i profesjonalizm nie budzą wątpliwości – na co wskazuje chociażby fakt, że w ciągu 89 dni zdołały uporać się z przytłaczającą większością ziemskiej populacji. Jednocześnie charakter zagrożenia jakie reprezentują sprawia, że traktuje się je bardziej jako element świata przyrody (lub bardziej „prawniczo”: „działania sił natury”), na który nie sposób się obrazić, niż drugo-, czy nawet trzecioplanowego bohatera, w stosunku do którego można poczuć jakiekolwiek emocje.

Rodzina Abbotów przeżyła spotkanie z nowym i zdecydowanie „niewspaniałym” światem, bo bezwzględnie podporządkowała się jego zasadom. Żyją w odosobnieniu na małej farmie, do miasta udając się wyłącznie po zapasy żywności. Komunikują się za pomocą języka migowego (znanego im w związku z wrodzoną głuchotą córki) i przynajmniej do momentu, w którym przysłowiowe „gówno” wpada w równie przysłowiowy „wentylator” – za pomocą mało zmyślnych środków – starają się uniknąć spowodowania jakiegokolwiek hałasu.

„Ciche miejsce” (2018)

Oczywiście, skutkiem powyższego jest to, że „Ciche miejsce” przez 95% czasu jest przytłaczająco wręcz… ciche, a to z kolei przekłada się na utrzymywanie widza w stanie nieustannego napięcia i lęku o los bohaterów. Wziąwszy bowiem pod uwagę wspomniane wyżej „zasady gry” i podstawowe prawa fizyki (jak i filmów grozy), nagle (teoretycznie) emocjonująca staje się każda czynność, która może wywołać jakikolwiek hałas, nawet tak trywialna jak spacer po lesie, czy krótka przechadzka po drewnianej podłodze.

Trzeba też uczciwie przyznać, że Krasinski, który przez ostatnie dziesięć lat zrobił naprawdę dużo, żeby przestać być Jimem Halpertem z „The Office” (i uniknąć trudnych pytań o to co się stało z Pam), wysoko ustawił poprzeczkę sobie i reszcie ekipy, która znalazła się w napisach końcowych. Jak bowiem można się domyślać – dialogów nie ma tu zbyt dużo, zatem większość aktorskiej roboty trzeba było wykonać mimiką i drobnymi gestami. Na szczęście zebrana na planie drużyna, tj. duet Krasinski/Blunt i wcielające się w ich podopiecznych dzieciaki – bardzo dobrze nieźle poradziła sobie z postawionym zadaniem. Permanentne napięcie, zmęczenie, strach, rodzicielska troska i miłość  – wszystko tu zostało odegrane na poziomie, którego nie sposób się czepiać.

Ciche miejsce (2018)

Tego szczęścia nie ma niestety scenariusz pełen dziur i nielogiczności lub zwyczajnie głupich zachowań bohaterów.  Zapewniam, że to nie tak, że nie rozumiem konieczności pójścia na kompromis pomiędzy oryginalną wizją artystyczną, a chęcią zrobienia filmu atrakcyjnego dla masowego odbiorcy (tym bardziej, że to jednak w gruncie rzeczy prosta opowieść o pewnej rodzinie i „potworach z lasu”, a nie filozoficzna historia dla wybranych, więc na planie musi się „coś” dziać). Abbotowie jednak, choć rzekomo przetrwali w wymierającym świecie aż 450 dni, w kilka chwil po uruchomieniu kamery zaczynają zachowywać się skrajnie nieodpowiedzialnie lub zwyczajnie głupio, jakby naraz zapomnieli, że wkoło grasują istoty, które pragną ich udupić. Nie chcąc nadmiernie „spoilowawać”, ograniczę się do jednego pytania? Czy pozwolilibyście  swoim, jeszcze nawet nie nastoletnim dzieciom, bawić się z lampą naftową pod ręką? No właśnie.

To i inne głupotki jeszcze zresztą jakoś bym przełknął, tłumacząc je życiem w ciągłym stresie i zwykłym ludzkim prawem do popełniania błędów (licznych), natomiast dość ciężko mi zaakceptować niezwykłą „wybiórczość” praw fizyki. Maszkary raz słyszą coś czego nie powinny, a chwilę później mają słuch mojego dziadka, co to pół życia spędził przy maszynie w krakowskiej fabryce mebli; coś co z samej swojej natury jest rozdarte jak ciągnik na biegu – tu jest spokojne jak Heweliusz na dnie Bałtyku, itd.

Ta niekonsekwencja, jakkolwiek często spotykana w kinie grozy (tak jak wspomniałem – coś musi „robić” film), tu jednak denerwuje. Bo „Ciche miejsce” zdawało się aspirować do czegoś wybijającego się ponad prymitywną gatunkową sieczkę, która gęsto wypełnia kina, a ostatecznie – w mojej ocenie zupełnie niepotrzebnie – ochoczo zaadaptowało liczne, charakterystyczne dla owej sieczki schematy. W rezultacie film – próbując połączyć kameralny dramat z efektownym widowiskiem – jednych (oczekujących dynamicznej akcji) po prostu uśpi, a drugich (oczekujących klimatu z pierwszego zwiastuna) zwyczajnie ubawi wspomnianymi głupotkami, a chyba nie taka była jego intencja.

Lifehack, gdyby do takiej apokalipsy jednak doszło.

Reklamowane na najlepszy „straszak” tego roku – „Ciche miejsce” – to zatem horror „najlepszy” o tyle o ile nienatrafiający (póki co) na realną konkurencję. W mojej ocenie jego twórcom finalnie zabrakło konsekwencji, lecz jeśli tylko lubisz kameralne widowiska z maszkarami w tle, pieniądze wydane na bilet raczej nie będą zmarnowane.

„Ciche miejsce” (2018)
3.5
Można
JEDNYM ZDANIEM:
Bawiłem się równie dobrze, co Obcy na Nostromo.

Przypisy:   [ + ]

1. Dla ciekawskich: w jednym z popremierowych wywiadów Krasinski przyznał, że są to zdecydowanie istoty pochodzenia pozaziemskiego. Zob. John Krasinski Reveals the Origins of the ‘Quiet Place’ Monsters.
Tagi:
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *