„FIFA 12” (2011)

W odwiecznej rywalizacji pomiędzy Prawem i Sprawiedliwością, a Platformą Obyw… ups, przepraszam, to nie ten tekst. Zacznijmy jeszcze raz: W odwiecznej rywalizacji pomiędzy serią „FIFA”, a „Pro Evolution Soccer”, zawsze stałem po stronie lepszego, tj. dzieła japońskiego KONAMI. Produkcja skośnookich pasjonatów futbolu nie oferowała bowiem może tylu licencji, co kanadyjska konkurencja, lecz przez swoja dynamikę, nieszablonowość i nieprzewidywalność wydawała mi się stać bliżej prawdziwej piłki nożnej. Przy dziesiątej i jedenastej odsłonie „PESa” bawiłem się świetnie, „FIFA 11” natomiast wymęczyła mnie, jak występy polskiej ekipy na ostatnim Mundialu.

Co zatem skłoniło mnie do sięgnięcia po kolejny dość wiekowy twór EA Sports? Nie wiem, prawdopodobnie połączenie OCD, masochizmu i głupoty, zatem zostawmy tę kwestię ekspertom od psychologi klinicznej i przyjrzyjmy się bliżej bohaterce niniejszego tekstu.

Do wydania FIFY oznaczonej numerkiem „12”, seria rozwijała się odrębnymi torami na pecetach i konsolach. Wydania konsolowe miały inny, lepszy silnik i regularnie dostawały gameplayowe nowinki, natomiast „rozwój” serii na blaszakach sprowadzał się w zasadzie do aktualizacji składów. Opisywana odsłona była pierwszą „konsolową” FIFĄ na komputery osobiste, zatem oczekiwania ludu pracującego miast i wsi były spore. Gra generalnie chyba ich nie zawiodła, bo średnia ocen prasy branżowej na Metacritic oscylowała w granicach 89 pkt na 100 (przy 83 pkt otrzymanych przez poprzedniczkę), a utrzymane w ciepłym tonie recenzje wskazywały, że „Pro Evolution Soccer” wreszcie dostało konkurencję z prawdziwego zdarzenia.

Pierwsze wyjście z mroku.

Technikalia

Pierwsze „zdziwko” – bezproblemowe odpalenie omawianej produkcji EA Sports, nomen omen datowanej na 2012 r.[1]Wiem, że cykl wydawniczy FIFY obejmuje wydawanie kolejnych odsłon z końcem poprzedniego roku, ale nie czepiajmy się szczegółów., na systemie z 2018 r. – graniczy z cudem. Kanadyjczycy dawno już porzucili swoje dziecko i nie wspierają go aktualizacjami, a rzecz niestety niezbyt lubi się z Windowsem 10 i nowymi padami. U mnie na wejściu gra odpalała gustowny biały ekran, po czym wracała do pulpitu. Nie pomagały żadne „tryby zgodności”, grzebanie przy sterownikach, modlitwy do świętego Onufrego, krwawa ofiara z szynszyli, po prostu nic. O dziwo zadziałało dopiero… utworzenie nowego, nieadministracyjnego konta użytkownika i odpalanie gry stamtąd. Gdy już wszedłem do menu, ujawnił się jednak kolejny bug – brak działania prawej gałki pada. Tym razem pomogło przekopiowanie do folderu z grą… pliku konfiguracyjnego z „FIFY 11”, znalezionego w sieci. To oczywiście nie był koniec problemów, bo naraz okazało się, że po rozegraniu kilkunastu spotkań gra zawiesza się w trakcie meczu w taki sposób, że każdorazowo trzeba resetować system. Tu normalny człowiek już by się poddał w strugach sypiących się „kurw” i trzasnął tym w cholerę, lecz moje oko – ni chuja nie odróżniające grania w 30 klatkach od 60 klatkach[2]Choć pewnie gdyby mnie zamknęli w jednej, solidnej klatce, to bym zauważył. Król Sucharów® – niespodziewanie wychwyciło, że przed zwisem, program mruga panelem wyboru trybu sterowania. Tak doszedłem do tego, że za seryjne zawieszenia w trakcie meczu odpowiadają… zbyt słabe akumulatorki w padzie. Po ich naładowaniu, gniot od EA Sports działał już w miarę normalnie (co najwyżej wysypując się od czasu do czasu do pulpitu).

Dodam, że zanim jeszcze porządnie się rozegrałem, po ustabilizowaniu działania gry, od razu sięgnąłem po modyfikację dodającą grywalną I ligę (PLP 12), tak żeby swoją boiskową przygodę zacząć gdzieś u samego dołu. Rzecz – jeśli tylko dobrze się ją zainstaluje – jest stabilna. Nie stwierdziłem w niej specjalnych uchybień, ni niedoróbek, więc gdyby ktoś został zamknięty przez psychopatę w piwnicy z komputerem z zainstalowaną „FIFĄ 12” – może z niej skorzystać.

Tryby, trybiki, trybuszety

Istotną nowością w „FIFA 12” jest możliwość stworzenia swojego własnego zawodnika i pokierowania jego karierą na wzór „peesowskiego” trybu „Become a Legend”. Tryb gry pojedynczym zawodnikiem uzupełnia popularny „tryb kariery”, co w połączeniu z obfitością licencji (dobre kilka setek prawdziwych klubów, w tym wszystkie najważniejsze i cała rodzima Ekstraklasa), daje obietnicę niezłej zabawy, lecz wystarczy rozegrać kilka spotkań, by dojść do wniosku, że jest to dużo gorzej rozwiązane niż u azjatyckiej konkurencji.

Po pierwsze – rozwój zawodnika nie odbywa się tu stopniowo i niezależnie od naszych poczynań, a poprzez wykonywanie konkretnych czynności. Czasem są to w miarę proste rzeczy (rozegraj pięć spotkań w deszczu, miń zwodem dwóch zawodników w jednym meczu, wypij pół litra czystej bez przepijania – żeby dostać +2 do wytrzymałości/dryblingu/agresji), a czasami pierońsko trudne lub po prostu niedopasowane do pozycji na której gramy. Aby zatem odblokować wszystko, co chyba zresztą wcale nie gwarantuje osiągnięcia poziomu 99-tego, trzeba zagrać jako bramkarz, obrońca, pomocnik i napastnik w ciągu jednej kariery. Sensowne? Bynajmniej.

Tańczący z Cionkami.

Po drugie – „FIFA 12” pozbawiona jest tej całej futbolowej „otoczki”, która choć w „PESie 2012” była nader koślawa – dawała namiastkę uczestniczenia w prawdziwej piłkarskiej przygodzie. Tu nie zatrudniamy agentów, którzy walczą o nasze transfery; nie uczestniczymy w przedmeczowej odprawie i nie zgrywamy się z drużyną. Nawet rynek transferowy nie bardzo nas obejmuje, bo każdy kontrakt podpisujemy na rok, a zmienić klub możemy wyłącznie pomiędzy sezonami, po prostu wybierając go sobie z listy zainteresowanych. Brakuje tu też choćby śladowych animacji, które u Japończyków umilały brnięcie przez kolejne sezony.

Finalnie okazuje się zatem, że to po prostu do bólu typowy, „fifowski” „tryb kariery”, tyle że wykastrowany i sprowadzony do kierowania jednym piłkarzem. Gdzieś tam w perspektywie kilku sezonów, podobno zyskuje się możliwość gry w reprezentacji (nie jestem pewien, bo mojego zawodnika akurat nie powołują), a następnie zostania tzw. „grający-menadżerem”, ale nie spodziewam się, by jakoś zmieniło to moją opinię o wątpliwej jakości tego trybu rozgrywki.

Prześwietlenie kopaniny

Pod względem samej mechaniki rozgrywki jest za to z pewnością wyraźnie lepiej, niż w edycji z 2011 r., lecz nadal zbyt… schematycznie. Tempo gry jest raczej niskie. Piłkarze nieśpiesznie rozgrywają akcje, a w obronie trzymają się pozycji, niczym reprezentacja Polski swojej połowy w ostatnich minutach pamiętnego meczu z Japonią na zeszłorocznym mundialu. Większość strzałów zza pola karnego jest blokowana przez obrońców, a zapadające w pamięci wymiany podań, zakończone efektownym strzałem na bramkę – jeśli już się trafiają, to z pewnością dużo rzadziej, niż u konkurencji.

Owszem, nowy silnik wprowadził pewien ładunek nieprzewidywalności, pozwalając na „realistyczne” obliczanie kolizji pomiędzy piłkarzami, ale efekt końcowy w większości przypadków jest raczej komiczny, niż autentyczny. W ciągu pojedynczego spotkania zawodnicy obu drużyn zderzają się co kilkadziesiąt sekund, zazwyczaj efektownie upadając. Nie przypominam sobie, żebym widział coś podobnego w jakimkolwiek prawdziwym meczu.

„Po murawie biega…”

Pochwalić należy za to animacje, zwłaszcza dryblingu i zachowań w obronie (walka „bark w bark”, szarpanie za koszulkę, etc.), bo pomijając wspomniane wyżej zgrzyty z kolizjami – oglądana z pewnej odległości – FIFA 12″ naprawdę nieźle udaje prawdziwy piłkarski pojedynek. Sprzyja temu przyzwoita, ale z pewnością daleka od rewelacji oprawa graficzna (wygląd widowni to tutaj nadal „bieda” jak w Rybniku) i przede wszystkim dźwięk, który należy już uznać za mistrzostwo świata. Te wszystkie klubowe przyśpiewki rozbrzmiewające z trybun robią niesamowite wrażenie, a wybuchy radości po bramkach cieszą ucho nawet po kilkuset spotkaniach.

Poza tym to wciąż futbol – najlepszy sport na świecie, zatem przy całej swojej siermiężności, gra potrafi wywołać prawdziwe emocje (albo wylew lub zawał). Bardziej na ten temat rozpisuję się w zasadniczej części MonoGamii, ale trafiają się tu mecze godne zapamiętania i wspominania przy wnukach. Takie w których w ostatniej minucie „złotym strzałem” zza linii „szesnastki”, dzięki poślizgowi piłki po mokrej murawie przechodzimy do kolejnej rundy pucharu, lub takie w których po głupich błędach tracimy trzy-bramkową przewagę.

Jeżeli zresztą chodzi o tracenie bramek, to w przeciwieństwie do „PESa 2012”, w „FIFIE 12” dużo łatwiej się atakuje, niż stoi w obronie. Powstrzymywaniu ataków przeciwnika nie sprzyja nowy system obrony, nazwany „obroną taktyczną”, który szczególnie na wyższych poziomach trudności (osobiście nigdy nie schodzę poniżej „Klasy światowej”, bo „Profesjonalista” jest dla mnie za łatwy) wymaga tego szczególnego połączenia zręczności i intuicji, którym człowiek po trzydziestce już niestety nie dysponuje. Prowadzi to do kuriozalnych sytuacji, w których jakiś „no name” z ostatniej ligi, wchodzi w obronę Barcelony, jak Pendolino w Daewoo Tico. Na szczęście gra daje możliwość powrotu do „obrony klasycznej”, typowej dla poprzednich odsłon, z czego zresztą szybko skorzystałem.

Na zakończenie tego wątku wspomnę jeszcze o ścieżce dźwiękowej, która obiektywnie jest przeciętna, ale jak to z tego typu grami bywa – po 100 godzinach przesłuchiwania wydaje się całkiem niezła. Foster the People, The Strokes, The Vaccines całkiem fajnie pasują do rozgrywki, w której kopie się piłkę. W każdym razie – słuchałem bez bólu uszu.

Podsumowanie

Czy to dobra gra? Nie.

W gruncie rzeczy, to chyba nawet nie jest dobra FIFA, choć pewnie lepsza niż ze trzy ostatnie odsłony, w które w ogóle nie chciało mi się grać. Przyznam bowiem, że tu coś jednak pchało mnie do przodu i jak zobaczycie w MonoGamii, „trochę” czasu na nią poświęciłem.

Ocenianie gier EA Sports z perspektywy czasu może się wydawać kompletnie pozbawione sensu (bo w 2011 r., gdy wychodziła, „FIFA 12” pewnie dostałaby ze dwa oczka więcej), ale podobna miara przykładana jest do każdej opisywanej na „Nudnych” produkcji, więc nie ma co się silić na specjalne względy. Ponieważ przy tekstach o „Pro Evolution Soccer 12” nie pojawiła się żadna ocena, dla pokazania odległości dzielącej obie gry, dodam, że ówczesnej produkcji KONAMI dałbym dziś mocne 6,5.

„FIFA 12” (2011)
Na plus:
Wisła Kraków wciąż gra w Ekstraklasie.
Znakomicie udźwiękowiona.
Na minus:
Mechanika rozgrywki ślamazarna i przewidywalna jak Grzegorz Schetyna.
Błędy rozwalające rozgrywkę: psujące się save'y, crashe, zawieszki, etc.
Słaby "tryb kariery" dla pojedynczego zawodnika.
5
NIE WARTO
PODSUMOWUJĄC:
Jeśli nie masz OCD, to znajdź sobie lepszą rozrywkę.

Przypisy:   [ + ]

1. Wiem, że cykl wydawniczy FIFY obejmuje wydawanie kolejnych odsłon z końcem poprzedniego roku, ale nie czepiajmy się szczegółów.
2. Choć pewnie gdyby mnie zamknęli w jednej, solidnej klatce, to bym zauważył. Król Sucharów®
Tagi:
,

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *