Homo Twist – „Cały ten seks” (1994)

Wszyscy, którzy mieli okazję rozmawiać ze mną o krajowym graniu wiedzą, że delikatnie mówiąc – „bywam sceptyczny”. Rzeczy, jakie akceptuję zapewne zmieściłyby się w małym pudełku, a te które naprawdę lubię mógłbym policzyć na palcach obu rąk. Dziwić może więc bohater niniejszej notki, ale ucinając wątpliwości –„Cały ten seks” Homo Twist nie należy, ani do tych pierwszych, ani tym bardziej do tych drugich. To prędzej coś w rodzaju „grzesznej przyjemności”, zbioru piosenek do których mam nieuleczalną słabość, a które trudno byłoby polecić mi innym.

Maciej Maleńczuk – jak powszechnie wiadomo – nie jest typem człowieka, którego ocenia się wyłącznie po artystycznych dokonaniach. Sprawy posunęły się na tyle dalece, że dyskusja czy jest „wkurwiający” dawno już dobiegła końca i teraz publika spiera się raczej, czy jest to zespół „nabyty”, czy też wynikający „z natury”. Osobiście mam raczej gdzieś charakter muzyka, ale patrząc na to z boku – facet niczego nikomu nie ułatwia i zapewne gdybym nie zapoznał się z jego twórczością zanim poznałem „osobowość”, ten tekst nigdy by nie powstał.

Ulica śpiewa hymn o dolarze, a wolni grażdanie szczerzą szczerby

A wówczas nie mógłbym Wam na przykład opowiedzieć, że „Cały ten seks” to album równie nietuzinkowy, jak jego twórca.

Wypełniające go granie niełatwo sklasyfikować. Są tu elementy rockandrollowej psychodelii, zimnofalowego undergroundu oraz brudnej, jazzowej improwizacji za pośrednictwem postpunkowo rzężącej gitary – a wszystko to okraszone, niedającymi się podrobić – manierą wokalną i tekstami Maleńczuka. W każdej kolejnej nucie i w każdym wersie czuć tu zresztą, że to „jego” płyta (przy całym szacunku dla rzetelnie asystującej mu sekcji rytmicznej). Tak jak można było się spodziewać – facet pierdoli wszelkie konwenanse we wszystkich możliwych sferach i na wszelkie możliwe sposoby. Szaleńczo miesza style, bez obciachu rymuje po częstochowsku (opowiadając te swoje niezwykłe historie, z których spory kawałek mógłby się załapać na piosenki Nicka Cave’a), a gdy brakuje mu słów – śpiewa w wymyślonym przez siebie języku.

Słucha się tego o tyle dobrze, że bez wątpienia jest Maleńczuk kapitalnym gawędziarzem. Czy porusza temat aborcji („Alicja”), czy narkomanii („Krzysio”), robi to w taki sposób, jakby opowiadała o tym ulica. Próbka? Niech będzie „Narkomanka”:

„Od dziecka była piękna
Zgrabna i inteligentna
Dobrze grała malowała
Dobrze się zapowiadała

Miała twarz miała ciało
Niczego jej nie brakowało
Miała talent mogła wszystko
Ale raczej wyszło inaczej”

Okładka zawsze wydawała mi się nieco „niepokojąca”.

Ale kochał heroinę, mówił innej nie chcę, najlepszy towar w całym mieście

Utwory wypełniające album sączą się nieśpiesznie, ale trudno tu narzekać na monotonię. Transowe, oniryczne „Trzy kurwy świata pieniądza” rozpoczyna uderzenie gongu, a „Góralska muzyka” dowala ludowym, skocznym motywem zagranym na przesterowanej gitarze. „Ach proszę Pani” mogłoby się znaleźć na przedwojennych listach przebojów, gdyby gitarę elektryczną wynaleziono w 1914 r., a w następujących po nim „Pieniądzach”, Maleńczuk przez moment zawodzi niczym cyganka: „de ma, de ma piniendze!” (!)

Zmieniające tempo „Miasto Kraków” (moja ulubiona piosenka o moim ulubionym mieście) z kapitalną linią basu wręcz śmierdzi Królewskim Miastem, a mroczny „Krzysio” – jego najciemniejszymi zaułkami. Tytułowy „Cały ten seks”, który w innych okolicznościach przyrody mógłby być klasyczną piosenką o miłości, w pewnym momencie wyskakuje z jakimiś cymbałkami, a „Dobrze, że jest jutro” długimi, gitarowymi improwizacjami i duszną, psychodeliczną atmosferą.

Po przesłuchaniu całości zaskakuje, jak łatwo Maleńczuk zamienił akustyczne pudło na elektryka. Część utworów z opisywanego debiutu Homo Twist, to przecież jeszcze kompozycję artysty z czasów występów na krakowskiej ulicy, a wystarczył niespełna rok, by nadać im zupełnie nową jakość. Ostatecznie w 1994 r., dostaliśmy więc naprawdę dobry i oryginalny album niepodobny chyba do niczego, co powstało w Polsce, tak „wówczas”, jak i w szeroko pojętym „potem”. Całość broni się zresztą dzięki temu także teraz, choć z pewnością nie jest to płyta dla każdego. Niektórych zniechęci zgiełk, innych uliczna poezja. Jeżeli lubicie tylko „te piosenki, które znacie” – nie wdeptujcie w „Cały ten seks”. Polegniecie z kretesem.

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *