„Lays Strong Mocne Piri Piri”, 160g (Frito-Lay)

Czipsy – ów nieskomplikowany, niezdrowy i małomiasteczkowy wytwór cywilizacji białego człowieka, to produkt bez którego trudno wyobrazić sobie przyjacielską nasiadówę. Zapewne nie raz – jak to Polacy – mieliście okazję sączyć wódkę (bezalkoholową oczywiście) i zagryzać jej delikatny zbożowy smak bezczelnie chrupiącym kawałkiem ziemniaka. Czipsy towarzyszyły wówczas barwnym rozmowom o polityce, religii, mężczyznach i kobietach „płci obojga”, hulankom, tańcom i swawolom, co sprawia, że ich społeczny wymiar trudno przecenić.

Niestety – nie ma co się oszukiwać – w toku suto zakrapianych spotkań towarzyskich mało kto przykłada wagę do ich smaku czy jakości, pchając do zapitego ryja wszystko co wpadnie w ręce, niezależnie od tego czy jest to czips, paluszki z podłogi, głowa kota czy kawałek dywanu. Powyższe sprawia, że czipsy choć niezastąpione, nie cieszą się takim uwielbieniem jak np. czekolada. A to duży błąd! – ośmielę się zawołać.

Przez lata poszukiwałem czipsów idealnych, o unikalnym, niepowtarzalnym smaku. Przemierzyłem hipermarkety, supermarkety, dyskonty, sklepy bezcłowe, bazary, rynsztoki i wysypiska śmieci. Na próżno. Musiałem zadowalać się najtańszymi produktami sygnowanymi logiem kropkowanego żuka lub Star Foods (obecnie Frito Lay Polska). Aż tu znikąd, pewnego dnia – znalazłem w swoim pokoju czarną, dystyngowaną paczkę z logiem Lays. Lubię czarny – kolor Dartha Vadera, SS i Kościoła Katolickiego, więc rzuciłem się na nie, jak gimbus na whisky, pożerając całymi garściami. Był to jeden z nielicznych błędów w moim konsumpcyjnym życiu, bo zrazu okazało się, że czipsy palą podniebienie z równym zapałem, co Niemcy czarownice w XVI w. Kiedy już ugasiłem pragnienie i wyszedłem ze szpitala po tym, jak biegnąc do łazienki, potknąłem się o kabel zasilający komputer łamiąc obojczyk i stojak na kompakty, spojrzałem na porzuconą na biurku paczkę i ze zdumieniem odczytałem napis: „Lays Strong Diabelski Cheddar”. Wiedziałem już, że oto na rynku zaistniała nowa jakość. CZIPSY, przez duże CZI.

Od razu przyznam – nie udało mi się dostać ich po raz drugi (wiem, że nakład „Diabelskiego Cheddara” można jeszcze dostać w niektórych sklepach, ale podejrzewam że są to resztki, bo informacji o nim nie ma nawet na oficjalnej stronie Lays Strong. Najwyraźniej liczba ofiar śmiertelnych była zbyt duża. Nic się jednak nie bójcie – Wpieprzamy – specjalnie dla Was podjęło interwencję w tej sprawie i wystąpiło do producenta z oficjalnym zapytaniem). W lokalnym sklepie znalazłem jednak „Lays Strong Mocne Piri Piri”, które zachwyciły mnie ostrością na odpowiednim poziomie i smakiem, zostając moim czipsowym numero uno.

Poczynając od tego pierwszego, należy na plus zaliczyć wygląd opakowania – mocnego, foliowego i fioletowo-czarnego jak serce urzędnika podatkowego. Po jego prawej stronie (opakowania, a nie serca) producent umieścił ostrzegawczy zegar, pokazujący rzeczywistą ostrość czipsów. Płynnie przechodząc od oka do języka – nie jest to wartość wydumana, bowiem „Mocne Piri Piri” faktycznie dają po podniebieniu bardziej niż „Ostre Chili” i jednocześnie mniej niż „Piekielne Wasabi”, choć należy mieć na uwadze, że wrażenia smakowe są rzeczą względną. Co to oznacza? Ano, dla pana Zdziśka, który dzień zaczyna od butelki denaturatu zagryzanej chrzanem „Mocne Piri Piri” nie będzie wyzwaniem, ale już dla Kasi, młodej studentki pedagogiki na Uniwersytecie Łódzkim może to być przeżycie porównywalne z pamiętnymi, łódzkimi Juwenaliami z 2004 r., kiedy to policja waliła do studentów ostrą amunicją (true story, takie rzeczy zdarzają się w Polsce od czasu do czasu). Podnieść należy jednocześnie, że jakkolwiek ów smak może być dla niektórych „za ostry”, nie można się przyczepić do tego co określiłbym mianem „wyrazistości” i „intensywności”. One są naprawdę smaczne i pozwalają wyraźnie tego doświadczyć!

Skonfrontowane z winem lub dobrym piwem – „Lays Strong Mocne Piri Piri” – stanowią idealne tło, np. do oglądania filmu i są godnym polecenia produktem. Gdyby jeszcze tylko były trochę tańsze…

Ocena: 9/10


Tekst opublikowany na blogu „Wpieprzamy”, prowadzonym wraz z Krzyśkiem i Michałem w latach 2012-2014.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *