Maciek

Siedzę przy barze w krakowskim „Domu Piwa” oddając się tradycyjnej popołudniowej rozrywce, to jest lekturze gazety, kawie i papierosom. Jest ciepło i przyjemnie, a z głośników sączy się „All Blues” Davisa. Przez moment jestem pewien, że zgubiłem jesień gdzieś za plecami, gdy wtem – niespodziewanie – wkracza ona do zadymionego wnętrza, zatrzymując się tuż obok mnie.

Wysoka, szczupła, z poskręcaną burzą ciemnych włosów skrytych pod szerokim rondem kapelusza; w jasnym płaszczu i kasztanowym szalu okalającym szyję i ramiona – prezentuje się nad wyraz godnie – choć spojrzeniem brązowych oczu już na dzień dobry mówi mi „spierdalaj”.
– 50tkę wódki – rzuca krótko w stronę baru, sadowiąc się na wysokim krześle. Ma lekko zachrypnięty głos, jakby przez ostatnią godzinę na kogoś krzyczała.

Niestety dla niej i dla siebie, nie jestem ani tak trzeźwy jakbym chciał, ani tak pijany jak być powinienem.
– Zapachniało październikiem, ale po nastroju miarkuję, że to już listopad – unoszę filiżankę w osobliwym geście bezalkoholowego toastu.
Mierzy mnie gniewnym spojrzeniem, jakbym obraził jej matkę, albo co gorsza – kapelusz.
– Tu chyba nie wolno palić – zauważa, przy czym słowo „chyba” niby jest w zdaniu, lecz ton wypowiedzi jest taki, jakby nie było go nawet w słownikach.
-Mi wolno – nieśpiesznie zaciągam się papierosem.
Nic nie odpowiada, tylko spogląda pytająco na barmana. Ten wzrusza ramionami – podając jej alkohol:
– Jemu dziś wolno – potwierdza, wskazując wzrokiem na leżącą na barze gazetę.
Przesuwam ją delikatnie w jej stronę, stukając palcem w kolumnę opatrzoną nagłówkiem: „Pół miliona na szynszylę rogatą”.

Czyta przez chwilę, przeskakując po dwa zdania, po czym podnosi spojrzenie, w którym pobłyskuje mieszanina zaciekawienia i niedowierzenia.
– Profesor Kądzielski to mój promotor – tłumaczę spokojnie, dusząc niedopałek w popielniczce – światowej sławy specjalista od gryzoni z Zakładu Hodowli Drobnych Zwierząt Futerkowych Uniwersytetu Rolniczego – wyjmuję kolejnego papierosa, robiąc pauzę, żeby mogła zapytać: „i co w związku z tym?”.
– I co w związku z tym?
– Wczoraj otrzymaliśmy grant od Fundacji Stephensona na przywrócenie andyjskiemu ekosystemowi wymarłego gatunku szynszyli rogatej. Kądzielski uważa, że można to zrobić przez połączenie samca szynszyli kędzierzawej z samicą szynszyli górskiej. Osobiście jestem sceptyczny, ale pół miliona, to kupa forsy. Generalnie, jest co świętować… – zaciągam się.
– Pół miliona złotych na szynszylę?
– Pół miliona euro na szynszylę… – poprawiam ją. – …rogatą.

Przez chwilę milczymy. Trąbka Davisa i pianino Evansa na wyścigi tną ciszę w metrum 6/8.
Jesień niepewnie ujmuje kieliszek w drobną dłoń. Pozwalam jej wychylić zawartość, co zresztą zadziwiająco sprawnie czyni. Po chwili znowu zerka na mnie spod szerokiego ronda, nadal marszcząc brwi, ale już nie tak gniewnie, jak przed momentem.
– To nie ma sensu – oświadcza.
– Świat w sumie też, a jednak się kręci – rozkładam ręce w geście udawanej bezsilności.
– Ona w ogóle ma rogi? – ignoruje mój komentarz.
– Powinna mieć, takie drobne, obok uszu – pokazuję jej fotografię w gazecie – jeśli oczywiście Pan Szynszyla odpowiednio skojarzy się z Panią Szynszylą.
Uśmiecha się lekko. Sytuacja jest niedorzeczna.
– A co się robi, żeby je skojarzyć?
– Zazwyczaj – robię kolejną przerwę na papierosa – funduje im się wyjście na „Casablancę”, a potem wypuszcza na trawnik, na romantyczną kolację.
-Pytam poważnie…
– Ech, nie wiem, jestem tylko prostym asystentem – tłumaczę. – Nie potrafię wejść w umysł takiej szynszyli, żeby wypowiadać się na temat międzygatunkowego seksu. Problemem jest z pewnością to, że samiec szynszyli kędzierzawej jest zazwyczaj mało atrakcyjny fizycznie, bo choć dynamiczny, ma dość, powiedziałbym… „refleksyjną” naturę, przez co zdarza mu się przybrać na wadze i dość wcześnie siwieje mu futro. Na dodatek stosunkowo rzadko przejawia inicjatywę w relacjach… – zaciągam się – …damsko-męskich, przy czym słowo „stosunkowo” ma tu kluczowe znaczenie, co zresztą sprawia że gatunkowi grozi wyginięcie.
– A samica?
– Cóż, samica szynszyli górskiej to samica pierwszej klasy. Zwinna, sprytna, z gładkim futrem.
– To w czym tkwi problem?
– Wśród szynszyli górskich to samica decyduje o zbliżeniu.
– Aha.
– No właśnie. „Aha” jest problemem.
– A czy ten Pan Szynszyl…? – Jesień nie kryje już wesołości.
– Pan Szynszyla – poprawiam ją.
– Czy ten Pan Szynszyla ma jakieś zalety?
– Mówiłem, że jest bardzo refleksyjny.
– A ja pytałam o zalety.
– Hmmm – sięgam po kawę – Jeśli mam być szczery, to nie jestem pewien. Obserwujemy się wzajemnie z naszym okazem dopiero od kilku miesięcy, ja jego z laboratorium, on mnie z klatki i mogę potwierdzić, że jest ponadprzeciętnie inteligentny, błyskawicznie się uczy i pierwszorzędnie przewodzi stadu, ale gdy czasem na niego patrzę, zachowuje się jak kompletnie nieprzewidywalny debil. Nawet jak na szynszylę – upijam łyk i odkładam filiżankę. – Na szczęście to profesor Kądzielski musi rozgryźć, jak je zeswatać, nie ja, a nie będzie chyba zbyt ryzykownym stwierdzenie, że po czterdziestu latach zajmowania się gryzoniami… – pochylam się w jej kierunku, konspiracyjnie unosząc dłoń do ust – jest już bardziej szynszylą niż człowiekiem.
Parska śmiechem.
– Nie śmiej się, proszę – udaję, że się obruszam – to poważna sprawa. Jestem tu nawet gdzieś na zdjęciu – ponownie stukam palcem w gazetę.
– Ten? – pyta – pokazując postać na jednej z niewyraźnych fotografii.
– Nie, to magister Deckhardt, spec od nutrii, ja, to ten w kitlu, z królikiem, po lewej stronie.

Mruży oczy, próbując odczytać, co jest napisane pod zdjęciem.
– Maciej Malinowski…
– Kurwa… – wyrywa mi się, choć nie powinno.
Sam szybko czytam podpis pod fotografią i oparłszy łokcie na barze, na moment ukrywam twarz w dłoniach.
– Co?
– To jak zły sen… – śmieję się nerwowo.
– Ale co? – przerywa mi zaskoczona – Nie nazywasz się Maciej?
– Wydaje mi się, że nie, ale… w zasadzie to już sam nie wiem, jak się nazywam. To skomplikowane… – mówię bardziej do siebie niż do niej, tonąc w przestrzeni, którą zwykłem nazywać ponurymi rozmyślaniami.

Milczymy. „All Blue” przechodzi we „Flamenco Sketches”.
Jestem dziwnie pewien, że coś się skończyło, ale Jesień najwyraźniej nie ma lepszego planu na to popołudnie.

– Bardziej niż szynszyle? – pyta po chwili, nieśmiało, a ja zauważam, że zdjęła kapelusz.
– To długa historia – wzdycham, może nazbyt teatralnie, ale nie bez satysfakcji – Możemy prosić szkocką, Janusz? – zwracam się w stronę baru.
– Jasne, Maciek – odpowiada mi barman.
Demonstracyjnie rozkładam ręce.
– I tak to właśnie wygląda – uśmiecham się, ale bez śladu wesołości, zaczynając tkać swą tragiczną opowieść – Tak naprawdę mam na imię Marcin, tak nazwali mnie rodzice i takie imię urzędnik wbił w akt urodzenia. Przez dwadzieścia parę lat byłem Marcinem i przez większość czasu nikt tego nie kwestionował. Pod koniec studiów, w związku z działalnością – robię w powietrzu dwa kółka dłonią, żeby zasygnalizować, że chcę ominąć zarówno to słowo, jak i temat – „pewnego rodzaju”, wymyśliłem sobie wprawdzie pseudonim, ale większość znajomych nadal mówiła mi po imieniu.
– A lubisz w ogóle swoje imię?
– Oczywiście, że tak! Marcin Malinowski, to po prostu dobrze brzmi – zapewniam szczerze w chwili, w której barman stawia przed nami szklanki wypełnione bursztynowym płynem – Niestety nie jest mi już dane cieszyć się tą kombinacją – upijam łyk.
– Dlaczego?
– Coś chyba popsuło się w konstrukcji rzeczywistości – próbuję powiedzieć to poważnie, ale im bardziej się staram, tym absurdalniej to brzmi – Pod koniec studiów na stałe uformowała nam się paczka znajomych w dość szerokim składzie, ale na potrzeby tej opowieści wystarczy ci znajomość czwórki z nich: Matyldy, Maćka, Anny i Grześka, przy czym dwoje pierwszych ma tu kluczowe znaczenie, bo to od nich bierze się cała… klątwa. Na początku ustalmy, że Maciek to bez cienia wątpliwości naprawdę równy gość: spokojny, zrównoważony, zawsze racjonalnie podchodzący do rzeczywistości. Nie miałbym nic przeciwko byciu Maćkiem, gdybym oczywiście nie urodził się Marcinem. Matylda zaś… – urywam na moment – jakby to ujął Raymond Chandler, trouble is her business. Żyje w zawieszeniu pomiędzy dwoma światami, tym tutaj – zakreślam dłonią przestrzeń przed nami – oraz tym, który wyświetla się jej na ekranie smartfona i chyba sama już nie wie, który jest prawdziwy.
– A który jest?
– Mnie nie pytaj. Nadal mam nadzieję, że jest jakiś inny…, ale mniejsza o to. Istotne jest to, że jakieś dwa lata temu, Matylda, pomimo długoletniej znajomości, zaczęła mylić mnie i Maćka, jego nazywając Marcinem, a mnie Maćkiem. Na początku nie irytowało mnie to jakoś bardzo, bo wychodziłem z założenia, że każdy może się przejęzyczyć, ale z czasem zaczęło jej to coraz bardziej wchodzić w nawyk. A gwarantuję ci, że na pierwszy, drugi, trzeci i jakikolwiek inny rzut oka, nie sposób nas pomylić, bo wyglądamy całkiem inaczej. „Maciek, idziesz jutro na zajęcia? Znaczy, ten, no, Marcin.”, pytała. „Maciek, ej Maciek!” – przedrzeźniam – „Marcin, nie Maciek, do jasnej cholery, mam na imię Marcin!”, krzyczałem. Tak to wyglądało.
– Nie mogłeś czegoś z tym zrobić?
– Nie wiem, jak w Nibylandii, ale w Polsce morderstwo jest karalne.
– Oj nie o to mi chodzi. Mogłeś, nie wiem, np. szczerze z nią porozmawiać. Albo się obrazić.
– Daj spokój – macham dłonią – Mężczyźni rozwiązują problemy, a nie strzelają fochy.
– I jak rozwiązałeś?

Patrzę się w szklankę, jakby miała się z niej wynurzyć odpowiedź.

– Zignorowałem – wzruszam ramionami i od razu przechodzę do dalszych wyjaśnień, ażeby zawczasu wytrącić jej z ust triumfującą nutę – bo też nic innego nie mogłem zrobić. Potem, dość niespodziewanie, przyznam, okazało się, ze to zaraźliwe.
– Ignorancja? – wytrącenie okazuje się skuteczne.
– Też, ale w tym przypadku mam akurat na myśli mylenie mojego imienia – odpadalam kolejnego papierosa, wcześniej chcę ją poczęstować, ale odmawia skinieniem głowy – Widzisz, dziewczynie Maćka, Annie, na pewnym etapie zaczęło przeszkadzać, że Matylda myli moje imię i nazywa mnie tak jak jego, tak jakby zakładała, że Maciek jest tylko jeden, niepodzielny, et cetera. A potem… – gorący dym wypełnia me płuca podczas dłuższej pauzy – a potem sama zaczęła się mylić.
– Co?!
– Dokładnie tak samo bym zareagował, gdyby ktoś opowiadał mi tę historię, ale uwierz mi, tak było naprawdę. Co istotne, w niedługim czasie dołączył do niej także mój najlepszy kumpel Grzesiek, co przelało czarę goryczy. Zacząłem się kłócić, zwracać im uwagę, ale jednocześnie zauważyłem, że to jakby nie ich wina.
– Co masz na myśli?
– Nie wiem jak to powiedzieć. Szczerze mówiąc, nie jestem typem człowieka, który założyłby się o to, że świat składa się tylko z materii, ale z natury jestem dość sceptyczny wobec rzeczywistości. Tymczasem to… Nie potrafię tego wytłumaczyć, to działało jak jakaś tajemnicza siła, coś w rodzaju fatum.
– Pogodziłeś się z tym?
– Trochę tak. Oczywiście nie od razu, a dopiero wtedy, kiedy rodzona matka zaczęła mi mówić „Maciek”. To dało mi do myślenia. Co ciekawe, na samym początku byłem niemal pewien, że błąd tkwi gdzieś we mnie, a nie w świecie zewnętrznym. W mojej rodzinie, przynajmniej do tej pory nie było chorób umysłowych, więc nie mam ku temu predyspozycji genetycznych, ale rozumiesz… jestem facetem, który poświęcił życie studiom nad gryzoniami i innym, dość osobliwym rozrywkom, toteż nie mogłem wykluczyć, że po prostu, z góry przepraszam cię za słownictwo, kompletnie mi odpierdoliło. Przyznam zresztą, że ta myśl na samym początku przyniosła mi pewną ulgę. Pomyślałem: „Okay, stary, ciężko pracujesz, robisz sto rzeczy naraz, masz tysiąc pomysłów na sekundę, a natura obdarzyła cię dość hojnie, jeśli chodzi o wyobraźnię i procesy myślowe, toteż stało się, odwaliło ci, ale wyleczysz się i świat wróci do normy.” Niestety, po badaniach okazało się, że poza nieco zbyt rozbuchanym ego nic mi nie dolega, a to rodziło już konkretne problemy. Jakby nie było, siebie naprawia się łatwiej, niż świat wokół.
– Ale zrobiłeś z tym coś, czy nie?
– Ale co miałem zrobić? Powiesić sobie na szyi tabliczkę z napisem „Marcin”? Po roku, wszyscy, którzy mnie znali mówili do mnie „Maciek”.
– I co było dalej?
– Dalej było jeszcze dziwniej. Maciek, który, o ironio losu, JAKO JEDYNY nie mówił do mnie „Maciek”, stwierdził, że mógłbym się do nich wprowadzić skoro dla świata tak bardzo zamieniłem się w niego, ale podziękowałem. Do dziś zresztą nie wiem, czy żartował, czy mówił poważnie. Potem nagle jego rodzice zaczęli do mnie dzwonić i zapraszać mnie na wigilię, twierdząc, że zyskali nowego syna… – sięgam po szklankę.
– Nie niepokoiło cię to?

Patrzę na nią z całą siłą swojej sarkastycznej miny nr 7, w stylu: „nie, kurwa, skądże znowu?!”

– Nie było pytania – Jesień próbuje stłumić śmiech, ale słabo jej to wychodzi – Ale w dowodzie osobistym masz wpisane „Marcin”?
– To ciekawe – grzebię w kieszeni za płaską kartą, wyławiając ją z portfela bez większych problemów – Spójrz – kładę ją na barze.
– Maciej Malinowski – czyta – Dlaczego?
– Bo to nowy dowód, wydany po tym jak zaczęła się ta cała afera. Poprawnie wypełniłem wniosek, podpisałem się imieniem i nazwiskiem – pokazuję jej wzór podpisu, ze starannie wykaligrafowanym wyrazem „Marcin” – a urzędniczka i tak się „pomyliła” i jako oficjalne imię wpisała mi „Maciej”. I tak oto, wg. władzy publicznej też jestem już Maciejem Filipem Malinowskim.
– A pozostałe dokumenty?
– Na niektórych, jak np. na legitymacji, jest wbite „Marcin”, ale każdy, komu go pokazuje i tak czyta „Maciej”. Chcesz spróbować?
Kiwa głową.
Wyciągam legitymację doktorancką i kładę obok dowodu.
Pochyla się nad nim i mrużąc oczy, powoli czyta:
– Maci…Maaarcin.
– Moje gratulacje. Wielkim wysiłkiem woli poprawnie odczytałaś moje imię – zgarniam obie karty i wkładam z powrotem do kieszeni. Gaszę papierosa i jednym haustem wychylam resztę szkockiej.
– Janusz, wlicz to wszystko w mój rachunek, ureguluję jutro – rzucam w kierunku barmana.
– Nie ma problemu, Maciek – uśmiecha się mężczyzna za barem.

Kolejny raz rozkładam ręce w geście teatralnej bezsilności. Jesień szczerzy w uśmiechu rząd białych ząbków.
– Słuchaj, przepraszam cię, ale muszę lecieć na uczelnię, nakarmić szynszyle – zsuwam się z krzesła – Zazwyczaj o to nie pytam, bo znam odpowiedź przed zadaniem pytania, ale… dasz mi swój numer telefonu?
– Myślę, że… mogę zaryzykować – odpowiada, choć nie bez wahania.

Przysuwam do niej gazetę, wręczając długopis.

– Tylko, gdybyś się zdecydował – pokrywa papier dziwnymi symbolami, które bardziej przypominają uschnięte liście opadłe z drzew, niż cyfry – zadzwoń do mnie przed 21 grudnia, bo potem wyjeżdżam i nie będzie mnie przez dziewięć miesięcy.
– Jasna sprawa – zwijam gazetę w rulon.
– I jeszcze jedno – nie przestaje się uśmiechać – jak ma na imię ten Pan Szynszyla?

Czuję, że na mojej twarzy pojawia się ten grymas, który wprost wskazuje, że to dość nieszczęśliwe pytanie.
– Koledzy nazwali go na moją cześć – tłumaczę – więc ma na imię…
– Rozumiem.

pociąg relacji Rzezawa-Kraków, październik 2015 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *