„Medal of Honor – Allied Assault” (2002)

Niewiele filmów wywarło na mnie takie wrażenie jak „Szeregowiec Ryan”. Trwająca kilkadziesiąt minut scena lądowania w Normandii to techniczny majstersztyk (i przy okazji prawdopodobnie jeden z najbardziej przekonujących antywojennych manifestów w dziejach kinematografii), który wciąż oszałamia rozmachem. Nic dziwnego, że po ogromnym kasowym sukcesie dzieła Spielberga, zaraz znalazł się szereg naśladowców, chcących załapać się na renesans popularności drugowojennego kina. „Wróg u bram”„Szyfry wojny”, czy „Na tyłach wroga” to tylko kilka tytułów, które zagościły na wielkim ekranie krótko po „Szeregowcu…”. Nie trzeba było zbyt długo czekać, by tematem zainteresowały się także gry.

To oczywiście nie tak, że wcześniej strzelanek osadzonych w okresie II Wojny Światowej w ogóle nie było. Taki B.J. Blazkowicz przecież, w przerwach pomiędzy wyjadaniem psom żarcia z misek, prażył do nazistów aż miło. Nad tematyką pochylali się jednak przede wszystkim twórcy najrozmaitszych strategii, a gdy już sięgały po nią FPSy, albo ślizgały się po oceanach przeciętności, albo obstawiały nas w roli jednoosobowej armii. Dopiero po premierze „Szeregowca Ryana” posypały się tytuły naprawdę warte uwagi. Najpierw na komputerach zadebiutował ciepło przyjęty „Hidden & Dangerous”, a następnie na konsolach ukazał się – wyprodukowany przez firmę Spielberga – pierwszy „Medal of Honor”. Obie produkcje, jakkolwiek cieszące się dużą popularnością, rewolucji jednak nie wywołały. Ta przyszła dopiero w 2002 r. wraz z premierą PCtowej wersji „MoH” o podtytule „Allied Assault”, która stała się takim samym przełomem w dziejach blaszakowego ukazywania drugowojennych zmagań, jak wspomniany wyżej „Szeregowiec Ryan” dla drugowojennego kina.

Przerwana lekcja muzyki.

That’s quite a view.

Jak to się stało, że tak proste założenia – rzucić graczy na prawdziwe pola bitew, dać im w rękę wirtualne odpowiedniki prawdziwej broni z epoki i kazać strzelać do nazistów w ramach skomplikowanych, wojskowych operacji – okazały się takim sukcesem? Cóż, jeśli tego nie rozumiecie – przeczytajcie poprzednie zdanie jeszcze raz. Przecież to idealny materiał na grę roku!

Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że nowatorskie i atrakcyjne fundamenty rozgrywki, nie zdobyłyby miłości graczy, gdyby nie wysoka jakość pozostałych elementów produkcji[1]Po sukcesie PUBG jestem w stanie wycofać się z tego zdania.. Na swoje czasy „MoH” odznaczał się atrakcyjną i szczegółową oprawą graficzną, znakomitym udźwiękowieniem i jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych w historii elektronicznej rozrywki, spokojnie mogącą stawać w szranki z muzyką Williamsa, Kamena czy Zimmera. Kolejne zadania stawiane przez grę, choć niemiłosiernie oskryptowane, były zróżnicowane i zwyczajnie ciekawe, a miejscówki – Północna Afryka, Norwegia, czy Francja – odwzorowane z nadzwyczajną dbałością o detale. W trakcie długiej, składającej się z pięciu obszernych misji, kampanii, m.in.: uwalnialiśmy jeńców, sabotowaliśmy u-booty, kradliśmy plany Tygrysa Królewskiego oraz karabinku StG44 i w końcu wysadzaliśmy w powietrze niemieckie zasoby gazu musztardowego, zazwyczaj działając w pojedynkę, a czasami we współpracy z kierowanymi przez AI towarzyszami broni. Ba, dostawaliśmy nawet okazję pojeżdżenia wspomnianym Królewskim Tygrysem i przetrzebienia co nieco garażu Hitlera!

W 2002 r. to wszystko robiło olbrzymie wrażenie, ale pierwsze „MoH” na PCety i tak zapamiętano głównie przez pryzmat jednego etapu – lądowania na Plaży Omaha. Wycięty z „Szeregowca Ryana” w skali niemalże 1 do 1, poziom, pozwalał przeżyć ułamek tego, co wcześniej zaprezentowano w filmie Spielberga. Wyskakiwaliśmy zatem z barek w asyście licznych towarzyszy i szukając osłony za zaporami przeciwczołgowymi, brnęliśmy przez piach w kierunku majaczących w oddali umocnień, z których prażono do nas z MG-42, by następnie przebić się przez zasieki dzięki rurom bangalore i wdać się w starcia wewnątrz bunkrów. Któż, po przejściu przez to w wieku nastu lat, mógłby wyrzucić to z pamięci?

Dzień dobry, którędy na Buczków?

Sergeant Horvath! Do you recognize where we are?

Oczywiście, powyższa misja, w 16 lat później, nie robi już takiego wrażenia. Plaża jest zadziwiająco „pusta”, bo komputerowych towarzyszy broni jest dużo mniej, niż się wydawało, a grafika zaskakująco uboga. Jedyne co tu się jeszcze broni, to udźwiękowianie, potrafiące przytłoczyć, zwłaszcza gdy gra się w porządnych słuchawkach, lecz nawet tutaj człowiek ma świadomość, że trochę czasu już upłynęło i sporo produkcji udowodniło, że da się to zrobić lepiej.

Powyższe to oczywiście żaden zarzut, nikt o zdrowych zmysłach nie wymaga od „16-latki”, by wyglądała jak współczesne produkcje. Gorzej, że grając w „Medal of Honor” w 2018 r., człowiek ze zdziwieniem odkrywa, jak na wiele rzeczy przymykał oko w czasach, gdy w pokojach nastolatek na ścianach wisiały jeszcze plakaty Backstreet Boys.

Bo poszczególne zadania na przykład, to istne festiwale skryptów, z respawnującymi się nazistami, nierzadko wybiegającymi wprost ze ściany – w programie. Oponenci nie są może zbyt inteligentni (choć potrafią się schować za skrzynią, czy za rogiem, a nawet strzelać zza nich bez wystawienia czerepu na odstrzał), ale nadrabiają tak liczebnością, jak i nadludzkimi umiejętnościami. Bez kitu – jestem szczerze zdziwiony, że Niemcy przegrali tę wojnę, bo ich żołnierze potrafili mnie ściągnąć jednym wystrzałem z odległości kilkudziesięciu metrów, pomimo że mgła która nas otaczała, ograniczała widoczność do co najwyżej kilku. To jednak nic w porównaniu z umiejętnościami ich czworonogów. Jeden z takich kudłatych skurwisynów, w pewnym momencie potrafił ugryźć mnie  w dupsko, przeciskując łeb przez betonową ścianę!

Szczęśliwie jest w tym wszystkim jakaś taka dynamika, która pozwala machnąć na bugi ręką (innymi słowy – na ekranie wciąż tyle się dzieje, że nie masz czasu na zastanawianie się – „zaraz, czy ten pies właśnie wystawił łeb przez ścianę?!<odtwórz>:”Archiwum X Theme””). Gra nadal ma całkiem niezły „feeling” strzelania i potrafi dać masę przyjemności z wymiany ognia z nazistami, jeżeli tylko nie przeraża Was, że nawet po podbiciu rozdzielczości, mają nieco niewyraźne twarze. Czas przy niej płynie nad wyraz szybko i emocjonująco, a detale – jak przelatujące nad głową samoloty czy Niemcy wyskakujący z… szafy), a przede wszystkim podbity przez świetną muzykę – klimat – dają dużą radość z obcowania z porządną wojenną przygodą. I nic, że w gruncie rzeczy, nadal robimy za „jednoosobowe Rambo”© (wiem, że „każde Rambo” jest „jednoosobowe”, ale tu jest nawet bardziej „jednoosobowe”, niż gdzie indziej – choć do „Serious Sama” oczywiście „MoH” daleko), koszące w pojedynkę nawet nie całe kompanie, a wręcz bataliony wrogów. To, że pod względem realizmu to jednak bardziej „Parszywa dwunastka”, niż „Szeregowiec Ryan”, wcale nie przeszkadza w dobrej zabawie.

Legendarna „osiemdziesiątka ósemka” w starciu z niemiecką bronią pancerną.

„Spearhead”

Pod koniec 2002 r., „MoH” doczekał się pierwszego oficjalnego dodatku, dodającego do gry trzy nowe, obszerne misje. Już sam początek nie pozostawia złudzeń – jeśli podstawowa wersja gry czerpie z „Szeregowca Ryana”, dodatek zdaje się pozostawać pod wpływem „Kompanii Braci”. Lądujemy w Normandii, po powietrznym desancie nasyconym akcją nie mniej, niż pamiętna misja na Plaży Omaha, by następnie po wykonaniu kilku operacji na tyłach wroga, wziąć udział w desperackim powstrzymywaniu niemieckiej kontrofensywy w Ardenach, a finalnie zajrzeć do samego Berlina. „Spearhead” jest wykonany bardzo rzetelnie i dostarcza kilka godzin rozrywki. Zdecydowanie więcej jest tu współdziałania z sojuszniczymi jednostkami, ale nie należy spodziewać się w tym zakresie fajerwerków, bo nasi strzelają gorzej niż Niemcy i nadal 99% roboty musimy odwalać samemu. Podczas rozgrywki miałem również wrażenie, że nieznacznie poprawiono grafikę, lecz znowu – nie jest to taki progres, bym gdzieś zawołał „wow!”.

Prędkość, brawura, alkohol – to najczęstsze przyczyny wypadków wśród młodych kierowców!

„Breakthrough”

Drugi dodatek do „MoH” pojawił się w pół roku po „Spearhead”, przenosząc graczy w bardziej słoneczne klimaty (przynajmniej teoretycznie, o czym niżej). Przyszło nam zatem przebijać się przez szeregi wojaków Rommla na Przełęczy Kasserine, uczestniczyć w desancie na Sycylię (Operacja Husky), a następnie w krwawych (acz nieco zapomnianych) walkach we Włoszech. Pomimo powyższych, dość rzadko eksploatowanych miejscówek, „Breakthrough” podobał mi się nieco mniej niż pierwszy dodatek. Już w początkowych etapach (Kasserine) zacząłem odczuwać pewne objawy zmęczenia tematem, a potem było już tylko gorzej. Z pewnością czerpaniu radości z gry nie sprzyjały szarobure tekstury, którymi wypełniono poszczególne misje. W porządku, rozumiem, że tajne operacje odbywały się zazwyczaj nocą, ale to przecież tylko gra – można było zafundować graczom więcej kolorytu, a nie tylko szare chmury, deszcz i noc koloru smoły. Poza tym – czepiając się – rzeź biednych Niemców i Włochów sprowadzono tu do absurdu nawet jak na „okołorzeźiową” estetykę całego przedsięwzięcia. Z rzeczy wartych odnotowania, wspomnę jeszcze, że znacznie podniesiono tu poziom trudności, lecz wziąwszy pod uwagę quick save, nie na tyle, bym znowu poczuł się stary.

Nie warto przebiegać przez drogę bez rozejrzenia się w obie strony.

Konkluzja

Gdybym miał Wam polecić tę jedną jedyną strzelankę w klimacie II Wojny Światowej, to pewnie byłoby to… „Call of Duty 2” (wiem, to było złośliwe), ale przy pewnym poziomie wyrozumiałości „Medal of Honor” też nadal daje radę. Graficznie jest już oczywiście biednie jak w slumsach w Giżycku, a i sam gameplay momentami zasługuje na etykietkę z napisem „archaiczny”, jednakże w ostatecznym rozrachunku to wciąż solidny i nietuzinkowy FPS. Tak że ten – jeśli chcecie wystrzelać absurdalną liczbę faszystów niczym Richard Burton i Clint Eastwood w „Tylko dla orłów”, instalujcie śmiało, tym bardziej, że całość jest do wyrwania na GOGu za ok. 35 zł. W zamian, w pakiecie dostaniecie jakieś 20 godzin zabawy, bo tyle trzeba na ukończenie wszystkich trzech kampanii (mi to oczywiście zajęło 10 godzin więcej, na przestrzeni stycznia i marca, bo „musiałem” odblokować wszystkie medale).

PS: Śródtytuły zaczerpnięto z filmu „Szeregowiec Ryan” (1998).

"Medal of Honor - Allied Assault" (2002) + 2 EXPs
NA PLUS:
Świetny klimat, przywodzący na myśl drugowojenne klasyki z lat 60-tych.
Bardzo dobra muzyka Michaela Giacchino.
Rzetelne, a momentami bardzo dobre udźwiękowienie.
Na ogół - zadziwiająca dbałość o detale w kwestii umundurowania i uzbrojenia.
NA MINUS:
Bijące po oczach oskryptowanie misji.
Rozliczne błędy.
Kompensacja słabej AI wyposażeniem żołnierzy wroga w nadludzkie umiejętności.
Oprawa graficzna najlepsze lata ma za sobą (a w FPSach ta niestety ma znaczenie).
7.1
Warto
Podsumowując:
Wciąż można sensownie postrzelać, czerpiąc z tego kupę radości i wcale nie trzeba wcześniej nakręcać się seansem "Szeregowca Ryana" czy "Kompanii Braci".

Przypisy:   [ + ]

1. Po sukcesie PUBG jestem w stanie wycofać się z tego zdania.
Tagi:
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *