„Paprykarz Szczeciński”, 330g (Era Ryb (GRAAL))

Krzysiek zadzwonił o trzeciej nad ranem. Posępny i zapłakany, jak ulica Bracka w popularnej, wśród zamyślonych okularników, piosence. Nie musiał nic mówić, bo wiedziałem o co chodzi, ale on – jakby niepomny tego – westchnął: „Zostały mi 72 godziny…”. Przymknąłem oczy i pokiwałem głową ze zrozumieniem. Przechodziłem przez to ze dwa razy, więc doskonale wiedziałem, co go czeka. „Zrobię to, Poruczniku Jaszczurze, obiecuję” – zapewniłem, zanim jego usta nakreśliły prośbę – „Napiszę recenzję na Wpieprzamy, abyś mógł w spokoju kończyć pracę magisterską.”

Odłożywszy słuchawkę, od razu udałem się do lodówki. W związku z tym, że utrzymuję się z dorywczej pracy na wysypisku odpadów nuklearnych między Sosnowcem a Radomiem oraz z oprowadzania wycieczek po Republice Donbasu (w sezonie letnim) i nie zarabiam zbyt wiele, widok jaki przedstawiała był zaiste ponury. Zastałem w niej bowiem jeno Krzyżaków, Ludwika XVI i jakiś kodeks (którego brzydziłem się dotykać, nie wiedząc, jak po tym ręce domyję), a także jajko z chlebem na czarną godzinę, które dostałem od chrzestnej na pierwszą komunię oraz… paprykarz. Zauważywszy charakterystyczne ubarwienie tegoż (poważnie, widzieliście kiedyś opakowanie w innych barwach niż czerwono-żółte?) aż gwizdnąłem z zadowolenia.

Jak uczy mateczka Wikipedia: „Paprykarz szczeciński został opracowany w połowie lat 60. XX w. przez pracowników laboratorium PPUDiR Gryf ze Szczecina na zlecenie szefa produkcji Wojciecha Jakackiego. Paprykarz szczeciński był wynikiem pomysłu racjonalizatorskiego na zagospodarowanie odpadów po wykrawaniu kostki rybnej z zamrożonych bloków rybnych. Pierwowzorem paprykarza szczecińskiego była afrykańska potrawa czop-czop, którą na początku lat 60. skosztowali i zachwycili się jej smakiem technolodzy z polskich statków-chłodni do połowów dalekomorskich podczas pobytu w portach u wybrzeży Afryki Zachodniej.” [po tym fragmencie jest już pewne, że czego bym Wam tu nie naściemniał, nie przebiję prawdziwej historii], ale nie dajcie się jej zwieść [mimo wszystko spróbuję] – paprykarz istniał już wcześniej, jako dzieło przybyszów z Atlantydy, którzy jako pierwsi dokonali syntezy ryżu i pozostałości rybu (wiem, że jest literówka, ale zabawna, więc zostawię). Cudownym zbiegiem okoliczności trafił on następnie do Judei, dlatego w Biblii wyraźnie stoi, że Jezus zamienił dwie ryby i worek makaronu w dziesiątki puszek paprykarzu, a apostołowie zebrali po uczcie dwanaście koszy resztek – tak zebrana gawiedź „szamała”. Żydzi oczywiście próbowali potem robić na tym interesy, a Rzymianie nie pozwalali i wiadomo jak to się skończyło (wybuchem opisanego przez Józefa Flawiusza powstania z lata 66-73, czyli tzw. „wojny żydowskiej o patenty na paprykarz”). Receptura zaginęła, odnalazła się dopiero 1000 lat później u muzułmańskich arabów (nie wykluczam, że spotkam kiedyś niemuzułmańskiego araba, widywałem w końcu kobiety z brodą i mężczyzn, którzy nie lubią piłki nożnej i alkoholu), skąd wzięły się krucjaty (Papież Urban II chciał odzyskać ów święty artefakt chrześcijaństwa). Ostatecznie odnalazł ją w trakcie VIII Krucjaty (sam poszedł, wychodząc z wesela siostry, cwany kurwisyn) polski rycerz, z cebulą w herbie – Papryk ze Szczecina (prawdopodobnie Patryk, ale kronikarz z urzędu nie sprostował oczywistej omyłki pisarskiej i dlatego nazywamy to danie „paprykarzem”, a nie „patrykarzem”), który przywiódł ją do ziemi ojczystej (a było to trudne, bo tak jak teraz nie mamy autostrad, tak wtedy nie mieliśmy polnych dróg, choć od Mieszka obiecywano, że zaraz będą). Niestety za nim przyszli Krzyżacy, którzy chcieli zdobyć recepturę dla Cesarstwa Niemieckiego i zaczęli szturmować rodzimy dla Papryka Szczecin. Wypędził ich dopiero polsko-litewsko-węgiersko-rusko-mongolski sojusz, który spuścił im tęgi łomot pod Grunwaldem (tzw. Bitwa na Paprykowym Polu, 1410 r.) i od tej pory, paprykarz, wraz z ziemniakiem i cebulą, stał się polskim daniem narodowym (stąd czerwień w naszych barwach narodowych i kolory skrzydeł husarii (początkowo polska ciężka jazda szarżowała na wroga przebrana za paprykę, ale więcej wrogów umierało ze śmiechu niż od odniesionych ran, więc zaniechano owej niehonorowej metody).

Tyle tytułem rysu historycznego. Co do mojego konkretnego egzemplarza, wyprodukowanego przez Erę Ryb (markę wchodzącą w skład grupy Graal), to mogłem szybko się do niego dobrać dzięki łatwemu w obsłudze, zewnętrznemu mechanizmowi otwierającemu. Z zewnątrz zresztą puszka wygląda całkiem nieźle – jest masywna, kształtna i dobrze leży w dłoni (pewnie na wypadek, gdyby ktoś np. chciał ukołysać paprykarz do snu i zaśpiewać mu piosenkę). Przyczepić można się tylko do danych dotyczących składu, podanych drobną, słabo czytelną czcionką (choć może to być też efekt tego, że po tym jak piłka pierdzielnęła mnie w gałkę oczną, niewiele widzę).

Ze smakiem jest już znacznie gorzej i chyba potrafię to wytłumaczyć, o czym zaraz. Na początku oświadczę, że wiem co piszę, bo jestem wielkim fanem paprykarza (gdybym nie był, to bym nie tracił czasu na płodzenie tej recenzji). Nałykałem się go w życiu więcej, niż politycy hipokryzji, niż polscy piłkarze goryczy porażki, niż Max Payne tabletek przeciwbólowych.W każdym razie jadłem go ochoczo i ze smakiem, tymczasem ten konkretny egzemplarz od razu wykrzywił mi japę, jak nie przymierzając – Tequila Sunrise. Zdziwiony, czemu ów produkt smakuje zwyczajnie podle, a nie „doskonale podle”, jak inny paprykarz, którego opis za jakiś czas (jak Krzysiek będzie kończył doktorat), wyszukałem stronę producenta i „strzeliłem zdziwko”:

„Marka ekonomiczna”? Że niby dla biedoty? Oż Ty pomorski gnoju! – zakrzyknąłem (w myślach, bo mieszkam w bloku) zanim bodajże sprawdziłem, czy firma nie jest np. z Nowego Sącza (globalizacja wszakże postępuje), czym naraziłem się na ryzyko obrażenia jakiegoś Bogu ducha winnego pomorskiego gnoja. Takie są jednak fakty – marka ekonomiczna – „produkt tani, więc jako taki”. Nie chodzi przy tym o to, że jest jakiś strasznie paskudny, bo nie jest – można nim spokojnie smarować kanapki (tym bardziej, że konsystencja jest b. dobra, ani to wodniste, ani twarde jak masło wstawione na noc do lodówki) – ale nie tylko bez specjalnej radości, ale i trochę się do tego zmuszając. A to sprawia, że zgodnie z naszą skalą ocen nie zasługuje na notę wyższą niż cztery. Przykro mi, nie polecam, jeśli chcecie dowiedzieć się dlaczego Kolumb wziął puszkę i uciekł przed papieżem do Ameryki – kupcie coś droższego.

Ocena: 4/10


Tekst opublikowany na blogu „Wpieprzamy”, prowadzonym wraz z Krzyśkiem i Michałem w latach 2012-2014.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *