Pójdźże piękna gołąbeczko

Nie uwierzycie, co mi się przydarzyło.
W zeszłą sobotę wybrałem się do Nowej Huty, by odwiedzić starego przyjaciela – Kurtza (nazywamy go tak, bo odkąd się tam przeprowadził, zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością, a niestety dla otoczenia, jesteśmy z kolegami za bardzo obeznani z klasyką literatury, by dawać znajomym przydomki w stylu: Łysy, Siwy czy Pała). W celu dotarcia na miejsce zapakowałem się do „czwórki”, ale nie Golfa, a tramwaju, co zasadniczo okazało się być błędem bogatym w konsekwencje.

Nie chodzi mi nawet o to, że w środku panował tłok jak w niemieckich składach frontowych ciągnących na wschód w maju ’41 roku (i taki sam smród), bo jakoś przecisnąłem się do okna, by tam – ściśnięty przez dwie matrony, przez moment podróżować na tzw. „glonojada”, czyli pobierać tlen przez szybę (zresztą – za Rondem Czyżyńskim ścisk zelżał), ani o to, że motorniczy wchodził w zakręty z taką prędkością, że moja podróż przypominała agresywny taniec na rurze (bo w gruncie rzeczy brakuje mi sportu). Po kilkunastu latach funkcjonowania w tym mieście, jestem świadom, że wybór jest prosty – albo godność, albo życie w Krakowie, więc niedogodności dnia codziennego mi niestraszne.

Otóż niezwykłe było to, co zdarzyło się później. Gdzieś tak w okolicach przystanku Struga, do tramwaju dumnym krokiem wparowała filigranowa, ciemnooka dziewuszka z futerałem na skrzypce przewieszonym przez ramię, która jak każda filigranowa, ciemnooka dziewuszka, od razu przykuła moją uwagę (co samo w sobie dziwne nie było – wszakże na świecie pełno jest filigranowych, ciemnookich dziewuszek, a nie przed wszystkimi zdążyłem się jeszcze skompromitować). Zawstydzony samą obecnością dziewuszki, okazałem jej zainteresowanie w charakterystyczny dla siebie sposób (czytaj – odwróciłem głowę do szyby, udając że sypiące się kamienice bardziej mnie interesują), toteż nie widziałem co dokładnie się dzieje, ale w pewnym momencie ktoś krzyknął, a w powietrzu zawirowały kartki (pozornie) białego papieru. Naraz, zainteresowany nieoczekiwanym rwetesem, spostrzegłem, że dziewczę szamocze się z jakimś ohydnym staruszkiem o fizjonomii Jerzego Urbana (z tą różnicą, że miał trochę spłaszczoną głowę, aż się na moment przestraszyłem, że obraz mi się spłaszczył, jak w starych kineskopowych telewizorach, ale szczęśliwie pozostali pasażerowie wyglądali względnie normalnie).
– Dawaj partytury dziwko! – zasyczał dziadek i odepchnął dziewczynę, która wydobywszy ze skrzypiec akord A-dur przechodzący w B-mol, poleciała w głąb tramwaju.

Ponieważ (o zgrozo) żyję ideałami średniowiecznego rycerstwa i nie lubię, gdy ktoś bije kobietę (gdy nie zasłużyła), wzburzony, gwałtowanie podniosłem się z miejsca. I tu wydarzenia potoczyły się już szybko.

Nie mogąc się zdecydować, co w zasadzie chcę zrobić – interweniować kulturalnie, wulgarnie czy zaatakować – zrobiłem wszystko naraz. Niemalże w jednym momencie powiedziałem:
– Przepraszam…, kurwa! – po czym wyprowadziłem kopnięcie (z boku musiałem wyglądać jak czapla, która nadepnęła na pinezkę). Moje kolano trafiło staruszka w głowę.
Chrupnęło – szkoda, że nie w czaszce napastnika, a w mojej rzepce. Dziadek polecał w jeden kąt tramwaju, a ja – z westchnieniem bólu – w drugi.
Zaciskając zęby, prędko zagarnąłem z podłogi pokryte nutami kartki i powstawszy – kulejąc – powlokłem się w stronę dziewczyny, która też już stała na nogach, szczerze zdziwiona tym, że ktoś interweniował, a motorniczy nie zatrzymał tramwaju, by wejść do wnętrza i klaskać.
– Wyskakuj! – poleciłem jej, może i nazbyt szorstko (śp. wuj Albert, powtarzał wszakże, że z „kobietami trzeba postępować ostro, bo są jak ziemniaki, dobrze smakują tylko ubite”, ale ja nie byłem tak konserwatywnie wychowany).
Jako że skrzypaczka niezbyt kwapiła się do wyjścia, gapiąc się tylko na mnie tępym wzrokiem, niczym ja na swoją pierwszą miłość, gdy próbowała mnie przekonać, że seks oralny (z lokalną grupą hokejową) to nie była zdrada, chwyciłem ją za rękę i wyciągnąłem z tramwaju siłą. Dziadek też poderwał się do wyjścia, rzucając się w kierunku drzwi, jak komornik na telewizor, ale te szczęśliwie zatrzasnęły się tuż przed jego nosem. Pojazd ruszył dalej, a my zostaliśmy sami na przystanku Kombinat.

Dziewuszka zamrugała oczyma, jakby zbudzona z głębokiego snu.
– Co to miało znaczyć? – zapytała takim tonem, że dało się odczuć, iż słowo „kurwa”, jakkolwiek nieobecne w sentencji, gdzieś tam wisi w powietrzu.
– Nie ma za co – odrzekłem cierpko, składając partytury i wsuwając jej do ręki. Ruszyłem w kierunku rozkładu jazdy.
Rzadko bywałem w Hucie, była dla mnie częścią Krakowa niedostępną dla zwiedzających, swoistą enklawą szaleństwa i przemocy, z której każdy wychodził odmieniony. W zasadzie – jeśli mam być szczery – znałem ją tylko z opowieści wuja Alberta, który nawciskał mi w dzieciństwie rozmaitych bzdur, np. że przez dzielnicę przepływa zasobna w ryby rzeka Hutaj (stąd nazwa), że komuniści nasprowadzali tu „pierdolonych koboldów” ze Śląska do wydobycia węgla spod ziemi, ale żadnego nie znaleźli, więc wszystkich wymordowali za pomocą samogonu, że Szymanowski napisał dzieło na jej cześć – „Nad pięknym, modrym Hutajem”, itd. (jako dziecko łykałem, to wszystko jak Niesiołowski mirabelki, więc z trudem skończyłem podstawówkę, ale ile się dzięki temu nauczyłem krytycznego myślenia to moje). W jednym tylko wuj nie pomylił się ni trochę – otóż okolica robiła przygnębiające wrażenie, jak twarz Beaty Tyszkiewicz.
– Ej, poczekaj!… – usłyszałem za plecami ton bogatszy o poczucie winy. Dziewuszka stała smutna, zgarbiona i skołowana, budząc moje współczucie (Bóg mi świadkiem, kiedyś zginę przez empatię). – Przepraszam… – szepnęła, robiąc minę, którą kobiety, jako brakujące ogniwo pomiędzy ludźmi, a kotami, robią, gdy chcą nas do czegoś zmusić (co niestety zawsze im się udaje).
– Mogę wiedzieć o co tu chodzi? – zapytałem.
– Nie powinnam cię w to wplątywać…
– Ale w co? – nie dawałem za wygraną.
– To Moniuszko – westchnęła, a ja zmarszczyłem brwi ze zdziwieniem, bo byłem pewien, że sztuka balsamowania zmarłych nie obejmowała zamiany ich w papier.
– Że niby Stanisław?
– Nie, kurwa, Bożydar! – skrzywiła się sarkastycznie.
– No i? – wzruszyłem ramionami puszczając obok uszu jej uwagę.
– To jedno z jego największych dzieł, zaginiona operetka „Pójdźże piękna gołąbeczko”! Prof. Patykowski z krakowskiej Akademii Muzycznej dekodował ją całe życie!
– Rozumiem – uciszyłem ją, unosząc dłonie – ale czego ten dziadek od ciebie chciał?
– To… – zawiesiła głos – skomplikowane. To…to… Dziekan Akademii Muzy…
– Co?! – zawołałem.
– Musiałam ją wykraść, żeby dać ją światu!
– Wykraść?! – teraz to już zaryczałem.
– Chcieli zamknąć ją w szafie! – zaniosła się nagłym, gwałtownym i niespodziewanym szlochem.
Nigdy nie wiedziałem, co robić, gdy kobieta płacze i co chce mi przez to powiedzieć (ale pewnie, że jej smutno). Zrobiłem więc, to co robią bohaterowie filmów – objąłem ją ramieniem i pogładziłem po plecach.
– No już dobrze, dobrze, Stefan na pewno chciałby, żeby świat poznał wszystkie z jego dzieł – zapewniłem ją.
– Stanis… – chciała mnie poprawić, ale chyba domyśliła się, że żartuję (wuj Albert zawsze powtarzał, że tylko człowiek naprawdę mądry może zrobić z siebie prawdziwego debila. Wyciągnijcie z tego poprawne wnioski, moi drodzy).

Wtem, gdzieś w oddali zapiszczał samochód, nazbyt gwałtownie wychodzący z zakrętu.
– Mój Boże, to oni! – szepnęła z przerażeniem dziewczyna, a nacisk jaki położyła na słowo „oni” nie pozostawiał wątpliwości co do ich tożsamości – Musimy uciekać! – zawołała i pociągnęła mnie za ramię w kierunku stylizowanych na groteskowe pałacyki zabudowań Kombinatu.

Na pełnej prędkości, jaką może osiągnąć dorosła istota, której matka w czasie Erasmusa nie spotykała się ze ślimakiem, przecięliśmy Aleje Solidarności. Napastnicy tymczasem – mknący w nowiutkim mercedesie – byli tuż za nami. Gdy tylko minęliśmy wielki pomniko-napis Huta im. T. Sendzimira, by wbiec do budynku administracyjnego Z, usłyszeliśmy za plecami gwałtowny pisk opon, które najwyraźniej zapoznawały się z siłami tarcia.
– Szybciej! – ponagliła mnie dziewczyna, ale nie mogłem już szybciej, bo przez ostatnie lata studiów przedkładałem czipsy nad bieganie.
Nie mogę powiedzieć, że byłem zaskoczony, gdy pomiędzy pierwszymi, a drugimi wrotami, dozorca budynku wypadł ze swojego pokoiku, by zastąpić nam drogę, bo wielki napis – „Teren prywatny – wstęp wzbroniony” był widoczny gołym okiem z księżyca. Szczęśliwie, po latach rozpychania się w kolejce do Dziekanatu, byłem na tyle sprawny, że bez trudu zdzieliłem go łokciem, wpychając z powrotem do małego składziku. Przy czym – w tym całym szaleńczym szczęściu – pech chciał, że uderzenie nieco wytrąciło mnie z równowagi, tak jak drobne zgrzytnięcie wyprowadza z równowagi precyzyjny mechanizm (a wierzcie mi na słowo, daleko mi do precyzyjnego mechanizmu). Chwiejąc się, wypadłem na dziedziniec i naraz grunt uciekł mi spod nóg. Zaryłem kontuzjowanym kolanem o beton i przekręciwszy się, wylądowałem na plecach.
– Stać! – zaryczał znajomy (niestety) głos w holu.

I tu nastąpił niespodziewany, przynajmniej dla mnie, zwrot akcji. Dziewczyna niezwykle sprawnym ruchem odpieczętowała futerał, wyjęła skrzypce i odgiąwszy podstrunnicę pod kątem prostym, wystrzeliła z nich jak z kuszy. Bełt pomknął w głąb korytarza trafiając w ramię jednego z nadciągających napastników. Moja towarzyszka już sięgała po drugi pocisk, gdy nagle strzał z broni palnej rozerwał zasłonę zgiełku odbijając się echem na ciasnym dziedzińcu.
– Przerwij to, Nadia! – rozbrzmiał po chwili głos Dziekana.
Dziewczyna odrzuciła skrzypce i chwyciwszy smyczek, przyłożyła go do mej szyi, jakby chciała mi poderżnąć gardło.
Przełknąłem nerwowo ślinę.

– Proszę, proszę – na dziedziniec wkroczył pobity przeze mnie Dziekan Akademii Muzycznej w Krakowie, w asyście tyczkowatego blondyna dzierżącego policyjnego glocka oraz krępego rudzielca, obficie krwawiącego z prawego ramienia – nasza mała Nadia pokazała pazurki.
– W imieniu Polskiej Straży Muzycznej, nakazuję ci podnieść ręce do góry! – tyczkowaty wycelował w naszym kierunku broń.
– Cofnijcie się, albo go zabiję! – zagroziła Nadia, bardziej mi, niż napastnikom.
– To zabijaj dziecinko, co nam do tego? – Dziekan uśmiechnął się złowrogo. W miejscu kopnięcia miał wyraźnie widocznego guza.
– O rany, chociaż raz ktoś mógłby się za mną wstawić… – zauważyłem nieśmiało.
– Zamknij się! – syknęła Nadia.
– No właśnie – zgodził się z nią staruszek – Myślałaś, że uciekniesz? – zwrócił się do niej – Że wymkniesz się z nutami niepostrzeżenie? Od lat tropimy rosyjskich szpiegów, Nadio. Nie z nami te numery. Nie wykradniesz nam Moniuszki. Słuchajcie sobie na Kremlu Piotra Rubika.
– Zaraz, kim wy właściwie jesteście? – zmarszczyłem brwi.
– Tajna Polska Służba Muzyczna – Dziekan ukłonił się teatralnie – Na podstawie dekretu Prezydenta Kwaśniewskiego stoimy na straży polskiej muzyki i kultury muzycznej od roku 2002, gdy w celu skompromitowania narodu polskiego, rosyjski wywiad podłożył nam świnię w postaci sobowtóra Edyty Górniak. Wszyscy pamiętamy jej wykonanie hymnu podczas Mistrzostw Świata w Korei. Olek… – chrząknął – znaczy, Pan Prezydent, nie chciał, żeby to się powtórzyło.
– O Jezu… – wezwałem imienia Pana Boga nadaremno.
– Co?
– A gdzie była wtedy prawdziwa Edyta?
– Z Panem Prezydentem, w garderobie. Gazety o tym pisały.
– Naprawdę?
– Chłopcze – staruszek przybrał jeszcze bardziej protekcjonalny ton – Myślisz, że walka muzyczna to mrzonka? Gdybyśmy byli lepiej dotowani, nie doszłoby do wielu muzycznych tragedii – złożył ręce za plecami i śledzony bacznym spojrzeniem Nadii zaczął przechadzać się wkoło dziedzińca – Nie byłoby Mandaryny, Dody, Happysad, tych wszystkich płyt Lady Pank i Perfectu oraz polskiego reggae, a Kombi nigdy by się nie zeszło. Niestety… – westchnął głęboko – wciąż za dużo łoży się na edukację i służbę zdrowia, a wciąż za mało na Ministerstwo Kultury, któremu podlegamy, jako część kulturowych sił zbrojnych, obok Akcji Zbrojnej Literatów, Tajnej Służby Rzeźbiarskiej i Agencji Ochrony Malarstwa i Ikonografii. To ma swoje konsekwencje. Czy wiesz, że Dawid Kwiatkowski wydaje drugą płytę?
Zaprzeczyłem ruchem głowy, delikatnie, żeby samemu nie poderżnąć sobie gardła.
– Tak myślałem – kontynuował Dziekan – Pewnie niewiele cię to obchodzi. Na szczęście mamy też sukcesy. To my połamaliśmy kolana Maryli Rodowicz, żeby nie mogła zaśpiewać w Sopocie, to my przekarmiliśmy Ewę Farnę, wieprzowiną z puszki, żeby wpadła w depresję i zaprzestała nagrywania, to my – zacisnął dłoń w pięść – podaliśmy Grzegorzowi Skawińskiemu płyn na porost włosów, to my doprowadziliśmy do rozpadu Just 5 i TO MY POWSTRZYMAMY ZŁODZIEJKĘ BEZCENNEGO DZIEŁA MONIUSZKI! – zagrzmiał nagle.

Zginąłbym tam, zginął niewątpliwie, niczym kromka chleba w ustach Grycanki, ale poza bogatą wyobraźnią, od przeciętnego człowieka różni mnie to, że zawsze robię to, co zrobić powinienem, toteż zamachnąłem się z całej  siły głową do tyłu, trafiając Nadię w kolano.

I znowu chrupnęło, lecz oczywiście nie jej rzepka, a mój płat ciemieniowy, albo potyliczny (w sumie co za różnica, zabolało z tyłu głowy i tyle). Ten moment jednak wystarczył, by dziewczyna straciła równowagę. Upadła na ziemię wypuszczając z ręki smyczek. Przekręciłem się i przygwoździłem ją ciężarem ciała. Przez myśl przemknęła mi refleksja, że choć raz te wszystkie czipsy i żelki do czegoś się przydały.

Po chwili, gdy dopadli do nas funkcjonariusze Straży Muzycznej, Nadia była już w kajdankach, a sanitariusze, którzy nagle znaleźli się na miejscu opatrywali moje kolano i czaszkę, głowę Dziekana, oko dozorcy budynku i ramię rudzielca postrzelonego przez agresywną skrzypaczkę. Tyle było bowiem ofiar bitwy o Moniuszkę.
– Przepraszam Panie Dziekanie – tłumaczyłem się spod bandaża – Mój wuj Albert mawiał wprawdzie, że, niech Pan pozwoli, że zacytuję: „gdyby tylko kobiety fizycznie mogły, to wydymałyby nas w dupę”, ale jak widać, musiałem przeżyć to samemu, żeby zobaczyć jaki jestem głupi.
– Nic nie szkodzi chłopcze, lepsi od ciebie dawali się nabrać. Doktor Barański przez rok fundował jej mieszkanie w centrum Krakowa, a – tu Dziekan zniżył głos – chyba ani razu nie zadupczył – zachichotał.
Zrobiło mi się trochę głupio, że profesor, dziekan, środowisko akademickie, etc., a taki język i wartości, ale uśmiechnąłem się z grzeczności, jak miałem w zwyczaju czynić, gdy nie wiedziałem co robić.
– Tak, że ten…, to ja będę już szedł – oznajmiłem nieśmiało – Bardzo miło było Pana poznać, choć okoliczności były, hmmm… nietypowe, a jeszcze milej było przyczynić się do ochrony Moniuszki. Ta jego „Hanka”…
– „Halka” – poprawił mnie.
– Dokładnie – przyznałem – Sprawdzałem Pana czujność. Ta jego „Halka”, to zaiste wspaniałe dzieło.
– Ha! – uśmiechnął się szeroko – Za „Wstań, powiedz nie jesteś sam” nie trafia się na banknoty!

I tak właśnie przyczyniłem się do obrony polskiego dorobku kulturowego.

Kraków, kwiecień 2015 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *