Pożegnanie Wuja Alberta

Moi Drodzy, smutna sprawa.
Mój wujek – Albert – zmarł nagle, lecz nie można powiedzieć, że niespodziewanie. Całe żyć chlał, palił, eksperymentował z narkotykami i zabawiał się z dziwkami, powoli, lecz nieubłaganie, coraz bardziej podupadając na zdrowiu. Odkąd w wieku 25 lat odziedziczył po ojcu (też pijaczynie, ale w Rzezawie każdy chleje, taki mamy klimat) dwa dobrze zlokalizowane sklepy obuwnicze w Bochni, miał forsy jak lodu i żył tak, jak żyć chciałby każdy odważny i niezależny mężczyzna – jakby miał następnego dnia umrzeć. Nie ma co się oszukiwać, był czarną owcą, więc dla całej rodziny był wkurwiający jak Leszek Miller pod koniec kadencji, ale ja go na swój sposób lubiłem. Miał tę swobodę, jaką posiadają zamożni ludzie, którym na niczym już nie zależy, więc mogą sobie bimbać z innych i ich powagi.

Pamiętam, jak ze ćwierć wieku temu, na urodzinach ojca, posadził mnie sobie na kolanach i oznajmił (kopcąc „Klubowe bez filtra”): „Marcin, te chuje mnie nienawidzą, ale jak dorośniesz to zrozumiesz. Trzeba żyć szybko i odejść z pierdolnięciem. Pierdolnięciem! Rozumiesz?!” Pokiwałem tylko głową, nieco przestraszony swobodą wujka (nie będąc też pewnym, czy  nagromadzona w nim wódka nie eksploduje zaraz pod wpływem żaru z papierosów), bo naraz porwały mnie mocne ręce Taty, ale owo zdanie wryło mi się w pamięć, jak Costa Concordia w skały Isola del Giglio. A wiecie co jest w tym wszystkim „najzabawniejsze”? Że wujek Albert w końcu odszedł „z pierdolnięciem” i to dosłownie, bo w wieku 55 lat, nie mając o tym najmniejszego pojęcia, majstrował przy piecyku gazowym, co skończyło się – delikatnie mówiąc – „brakiem sukcesu”… i poważnym naruszeniem konstrukcji budynku w którym mieszkał. Pierdolnęło zresztą tak mocno, że podobno nieliczni ocaleli sąsiedzi zabarykadowali się w tym co zostało z dwupiętrowej kamienicy i strzelali do interweniujących strażaków z wiatrówek, bo myśleli, że to Specnaz przybył wprost z Donbasu i szturmuje osiedle.

Wujek odszedł (taaa, „odszedł” – odleciał) w poniedziałek, ale cały tydzień go zbierali do pudełka 20 na 20 cm, więc pogrzeb był w ostatni weekend, w sobotę. Nie znoszę pogrzebów, nawet nie ze względu na to, że kojarzą mi się z umieraniem ludzi (do tego jestem przyzwyczajony), ale z powodu nieciekawej przypadłości, jaką mają moje oczy. Otóż pod wpływem najdelikatniejszego podmuchu wiatru – łzawią. To w sumie mało powiedziane – właściwie woda leje się z nich, jak deszcz z chmur w Delcie Orinoko, w samym środku właściwej pory. Zazwyczaj nie miało to negatywnych konsekwencji, co najwyżej ktoś poklepał mnie pocieszająco po plecach i rzucił mądrością w stylu Paulo Coelho, ale to był pierwszy raz jak wujek Albert umarł i nie uprzedzając faktów – powiedzmy, że zupełnie zmieniało to charakter sytuacji.

Na pogrzeb wybraliśmy się całą rodziną, odziani w czerń jak Nocna Straż w uniwersum George’a R. R. Martina. Chciałem wprawdzie założyć bordowy krawat (wujek by to docenił), ale Ojciec z ponurą twarzą nakazał mi nie przynosić rodzinie wstydu jak… – i tu imię nie padło, ale wiadomo było, że chodzi o niesławnego nieboszczyka. Na cmentarzu od razu dopadli mnie potencjalni spadkobiercy i poczęli zamęczać pytaniami, co komu przypadnie w udziale (w grę wchodziło tylko dziedziczenie na podstawie ustawy, bo jeśli wujek zostawił testament, to mógłby go odczytać tylko major Hermaszewski, gdyby przypadkiem powtórnie poleciał w kosmos, albo Łajka, gdyby zaszło jeszcze więcej szczęśliwych zbiegów okoliczności). Ponieważ nijak nie byłem w stanie poznać rzeczywistej ilości braci, sióstr, synów i córek wujka Alberta, postanowiłem uczynić to, co w takich chwilach zazwyczaj robiłem w sądzie – naściemniać w nieweryfikowalny sposób (a każdy kto mnie choć raz widział na rozprawie, wie, że akurat w tym jestem naprawdę dobry). Wychodząc z założenia, że tak jak nie zdarzył się sędzia, który by pojechał sprawdzić, czy córki klienta nie pogryzła w Wołominie k. Warszawy dzika nornica, tak nie trafi się w rodzinie ktoś kto rozumie meandry prawa spadkowego, nagadałem im, że nie mogę jednoznacznie stwierdzić, kto ile dziedziczy, bo sprawa jest skomplikowana, przepisy zmieniają się dynamicznie, a że jeden z braci wujka był księdzem, to nie wiadomo, czy liczyć te jebane ułamki wg. komutacji rzymskiej, kanonicznej, górnośląskiej czy mieszanej (tu oczywiście „wyobraźnia poniosła mnie w niewyobrażalny sposób”, ale i tak wszyscy poważnie pokiwali głowami, na znak zrozumienia). Mając w pamięci ciotkę Halinę krzyczącą w sądzie: „Ja mam 5/32, ja mam 5/32!” wolałem nie ryzykować z podawaniem udziałów na „chybił-trafił”.

I tak – na moim bezsensownym gadaniu – zeszłoby nam oczekiwanie na uroczystości pogrzebowe, gdyby wyraźnie podpity wujek Czesiek naraz nie uparł się, że chce zajrzeć do trumny i ostatni raz zobaczyć nieboszczyka. Siłą trzeba było go odciągać, bo argument, że muszą istnieć uzasadnione powody dla których prawie dwumetrowego, otyłego mężczyznę chowają w trumnie dla noworodków, wyraźnie do niego nie trafiał. Po tym – nie licząc może jeszcze momentu przybycia sześciu byłych i jednej obecnej (do dnia feralnej eksplozji, oczywiście) partnerki wujka, które rodzina rozstrzelała złowrogimi spojrzeniami – nie było już żadnych „atrakcji” i siwy ksiądz rozpoczął nabożeństwo.

Tradycyjnie było poważnie i ponuro, jak na wieczorze wyborczym w sztabie Prawa i Sprawiedliwości, z tą różnicą, że inaczej niż na pozostałych pogrzebach, w których miałem wątpliwą przyjemność uczestniczyć, na tym nikt nie płakał, oprócz oczywiście – wspomnianych wyżej – „kurew, co to je wujek popoznawał w sklepie z butami” (to akurat cytat z Babci). Tak to przynajmniej wyglądało z mojej strony, bo rodzina – w związku z moją dolegliwością – miała zupełnie inne odczucia.

Delikatny, wiejski wietrzyk zaczął drażnić moje oczy już po około pięciu minutach, ale początkowo dzielnie się broniłem, po prostu częściej i szybciej mrugając, co najwyraźniej opacznie odebrała – iście „orwellowskich kształtów” (wiecie – „Zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znowu na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł rozpoznać, kto jest kim.”) – żona kuzyna, Mariola, bo zaczęła się do mnie dziwnie uśmiechać i bawić warkoczem. Już raz miałem z nią problemy, bo na weselu innego kuzyna ciągnęła do mnie jak Meteor Tunguski w kierunku Ziemi, przed czym tak zawzięcie uciekałem, że rozwaliłem sobie głowę o kontrabas, toteż szybko schowałem się za plecami brata, by nie nawiązywać z nią kontaktu wzrokowego. I wtedy właśnie – tak to tłumaczę – gwałtowny i nadzwyczaj silny podmuch wiatru odbił się od ramienia mojego brata i trafił mnie prosto w oko, które eksplodowało łzami, niczym piecyk gazowy wu… Nie, to porównanie byłoby nie na miejscu, zupełnie jak zwłoki wujka po wybuchu (te metafory jednak same tak wchodzą). Przetarłem szybko narząd wzroku wierzchem dłoni, ale wykorzystawszy moment mej nieuwagi, drugie oko też zaczęło cieknąć.
– Nie mogę uwierzyć, że płaczesz po tej świni… – usłyszałem nieudolnie ściszony głos ciotki Haliny (gdybyście całe życie darli mordę, też byłoby Wam ciężko) ale potrzebowałem chwili, żeby skojarzyć, że chodzi jej o wujka Alberta, a nie Mariolę.
– Nie płaczę – zapewniłem pośpiesznie – tylko oko mi łzawi.
– Aha – ciotka nie wyglądała na przekonaną.
Zacząłem gorliwiej przecierać oczy, ale to tylko jeszcze bardziej je podrażniło. Zauważyłem, że Mama przedziera się w moją stronę niczym lodołamacz Puszkin popierdalający przez lody Arktyki. To nie wróżyło nic dobrego.
– Przestań płakać, bo przynosisz wstyd rodzinie! – szepnęła.
– Ja wcale nie płaczę! – zaprzeczyłem, chyba nieco zbyt gwałtownie, bo teraz już pół rodziny widziało, że płaczę.
Sytuacja była beznadziejna jak ostatnie wyniki Cracovii, która przegrałaby sparing z jednonogimi karłami z Watykanu, gdyby tylko Papież wypuścił je spod ziemi (czego zrobić nie może, bo ktoś musi wydobywać złoto i kamienie szlachetne).
– Co ty odpierdalasz, Marcin?! – wujek Czesław, rzezawski kowal i dentysta (jedyny jakiego mamy) był mniej subtelny.
– Płaczę ze szczęścia – postanowiłem zmienić taktykę, co nieco zbiło go z pantałyku (czego, notabene, też nauczyłem się w sądzie), ale nie minęło kilkanaście sekund, jak się pozbierał.
– Oszczędzaj łzy na lepszych od niego… – mruknął poetycko (każdy w tej rodzinie ma duszę artysty).

Przez ten mój płacz nie zauważyliśmy, że oto przy trumnie coś zaczęło się dziać. Jedna z „butowych żon” wujka Alberta zanosząc się szlochem rzuciła się w kierunku zamkniętych w pudełku resztek nieboszczyka i niechybnie wpadłaby do grobu, gdyby ministranci jej nie przechwycili (a chłopaki mieli siłę w łapach, bo całe wakacje zastępowali na plebanii konia, który padł księdzu z wyczerpania). Moment nieuwagi wykorzystała inna obuwnicza ladacznica, która wystrzeliła w kierunku trumny, niczym polski urzędnik z pracy o 15.30. Naraz zakotłowało się i powstał ogólny rwetes, chaos i rozpierdol, jak podczas wkraczania Armii Czerwonej do Berlina.

Wzburzona rodzina szeroką nawą runęła w kierunku grobu, chcąc bronić prochów wujka niczym relikwii. W centrum szła „ciężka jazda”: ciotka Halina (udźwig testowany w trakcie wizyty na placu handlowym w Bochni – 50 kg ziemniaków (oburącz)), wujek Czesiek (dłonie jak bochny, udźwig mierzony na weselu Kazika i Marioli – 8 butelek Żytniej 0,7 (oburącz)) i kuzyn Mietek (łeb jak taran, parę lat temu, w ramach zakładu wyważył nim drzwi kościoła. Udźwig oburęczny – niemierzalny, bo w młodości koń odgryzł mu rękę i wstawili mu zamiast niej stalowy hak). Na prawej flance szarżowała lekka jazda – ciotki bliźniaczki i jednocześnie stare panny: Ula i Ala, wyposażone w tytanowe sztuczne szczęki wykute przez wujka Cześka, a na lewej – odwód pancerny w postaci wujka Józka (nazywanego „dziadziem”) na opancerzonym wózku inwalidzkim (nogi miał sprawne, jeździł bo lubił) z napędem Daewoo Tico (czyli jakieś cztery konie mechaniczne). Za nimi reszta rodziny, z szaleństwem w spojrzeniu, a na samym końcu ja – subtelny intelektualista z porwaną z wykopu łopatą w dłoni (tu właśnie wiejskie pochodzenie połączyło się z solidnym wykształceniem uniwersyteckim i na odwrót).

Linia rodziny z hukiem zetknęła się z linią żon i kochanek wujka dokładnie przy trumnie. Grzmotnęło, huknęło, a siła kinetyczna obustronnego uderzenia wyrzuciła księdza na pięć metrów w górę niczym szmacianą lalkę. Potem bitwa miała dość chaotyczny przebieg. W centrum dzielił i rządził kuzyn Mietek Hakoręki, ale impet rodzinnego uderzenia na skrzydłach rozbił się o dwie, potężnych rozmiarów matrony o łącznej wyporności dublującej Krążownik Aurora. Walcząc z ministrantem uzbrojonym w kadzidło, którym próbował mnie powstrzymać, machając nim jak nunczako, mogłem dostrzec tylko poszczególne sceny – migawki: ciotkę Halinę rzucającą się do gardła trzeciej żonie wujka czy kuzyna Kazika zamierzającego się na przeciwniczkę wózkiem z wujkiem Józkiem na pokładzie. Rozpaczliwie powstrzymując ataki ministranta (gdybym wiedział, że jest tak niebezpieczny, nigdy nie kupiłbym od niego Promyczka Dobra z megaplakatem księdza Oko ubranego w lateksową sutannę) zostałem zepchnięty na krawędź grobu i tylko „rzuto-wślizg” (nie wiem jak można to opisać słowami, ale wujek najpierw się rzucił, a potem „ślizgnął”) wujka Cześka uratował mnie przed niechybną zagładą (szkoda, że nie było go w czasach Bizancjum lub Imperium Asyryjskiego, historia byłaby ciekawsza). Po ciosie łokciem ministrant padł jak rząd Olszewskiego po nocnym głosowaniu w ’92. Traf chciał, że upadając wpadł na trumnę, którą wywrócił na trawę z całą jej zawartością…

Wszyscy zamarli. Zamiast widoku klasycznej „mielonki” – tj. powypadkowych pozostałości wujka Alberta – ze środka wyleciała jedynie para jarmarcznych szpilek (numer 36) z przyczepioną doń karteczką: „Dla Anusi” (a nie była to żadna z kobiet, które przybyły opłakiwać wujka) i mały magnetofon z pozostawioną weń kasetą. Jakoś tak odruchowo, kuzyn Kazik, który od zawsze miał lepkie ręce pochwycił sprzęt i równie odruchowo nacisnął „Play”.
– „Wy chuje!” – zarówno głos, jak i sposób ekspresji, nie pozostawiały wątpliwości co do tego, iż to sam wuj Albert „witał” się z nami poprzez czas, miejsce i magnetofon – „Całe życie zazdrościliście mi tego, że jestem szczęśliwy, robiąc to co lubię!” (czyli nic) „Całe życie pogardzaliście mną i obgadywaliście mnie za plecami!” (a czasem i w oczy) „Myślicie, że coś wam pozostawię?! Wszystko żem sprzedał! Wszystko, co do samiuśkiego, kurwa, grosza, żem rozporządził! Gówno zobaczycie, a nie pieniądze!”
Głos na moment się urwał, bo wujek się zasapał, ale po chwili wrócił:
– „A teraz zbliżcie się.”
Wszyscy się zbliżyli.
– „Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem…”
Spojrzeliśmy po sobie.
– „… sześć, pięć, cztery, trzy…” – odliczał pośpiesznie głos nieboszczyka.
– Spierdalać! – ryknął wujek Czesiek w odpowiedzi, więc tak też uczyniliśmy, rzucając się na wszystkie strony.
– … dwa, jeden…”
W oczekiwaniu na wybuch nakryłem głowę ramionami, zaciskając dłonie na uszach.
I cisza.
Nic się nie stało.
Z magnetofonu rozbrzmiał szaleńczy śmiech wuja Alberta. Tak właśnie śmiał się, gdy sprzedawał szpilki i czółenka i za to pokochały go setki klientek.
– „Myśleliście, że was zabiję?!” – zapytał głos, – „No co wy…”
Podnieśliśmy się.

I wtedy właśnie pierdolnęło i to tak potężnie, że księdza, który stał najbliżej, znowu wyrzuciło do góry przerzucając go przez ogrodzenie cmentarza. Kula ognia rozerwała trumnę i sypnęła drzazgami i ziemią, ale nikomu więcej krzywdy nie zrobiła (może prócz nieszczęsnych szpilek dla Anusi).

Cóż, był to dość zaskakujący obrót sytuacji – w końcu nie po to się idzie na pogrzeb, żeby zginąć w eksplozji sprokurowanej przez nieboszczyka – ale byłem tak zszokowany, że nie byłem w stanie się gniewać. Zdrowy rozsądek i trzeźwość, jakby opuściły moją głowę i poszły na zakupy do Zary, potem do kina samochodowego w Krakowie, a na końcu – zagłosować na Platformę Obywatelską. Drżałem (ostatni raz drżałem tak, gdy popularny profesor prawa cywilnego na moich oczach skatował Kodeksem Cywilnym szefa wydziałowego Samorządu Studentów) zbierając bębenki uszne i otrzepując je z piasku, podczas, gdy reszta rodziny, ogarnąwszy się, deliberowała nad tym czy wujek czasem nie upozorował własnej śmierci oraz – jeśli nie upozorował – jak dorwać go w zaświatach i nakopać do dupy.

I tak oto zniknął wujek Albert i nic nie wskazywało, że wróci.

Kraków, kwiecień 2015 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *