Pozwólmy mu padać!

Działo się to prawie dziesięć lat temu, w dniu Wigilii wyjętym żywcem z kultowej piosenki Styne’a, w wykonaniu Franka Sinatry. Śnieg sypał się ze stalowego nieba ogromnymi, wirującymi płatkami, błyskawicznie pokrywając miasto grubą warstwą białego puchu. Do późnego popołudnia autobusy tkwiły w zaspach, tramwaje stały z powodu awarii sieci trakcyjnej, a samochody grzęzły w korkach, lecz mimo to w powietrzu wisiała jakaś dziwna aura świątecznej radości.

Mieszkańcy Nothingtown wyjątkowo cierpliwie znosili paraliż komunikacyjny i dopóki po dłuższej chwili nie rozjechali się do domów, bratali się na ulicach, dzieląc się opłatkiem i składając sobie świąteczne życzenia, jakby samo Dzieciątko Jezus zstąpiło z niebios by odmienić ich skute lodem serca.

Przemierzałem bulwary spacerowym krokiem, rozkoszując się smakiem papierosa. Gorący dym wypełniał moje płuca, śnieg chrzęścił pod stopami, a Wisła płynęła tym samym odwiecznym, leniwym nurtem, urzeczona pięknem świątecznie rozświetlonego miasta. Ona też miała swoją choinkę – cudownie przybraną konstrukcję Mostu Piłsudskiego wzbogaconą imponującą iluminacją, zapewne widoczną gołym okiem z Księżyca. Na dwa miesiące przed końcem kadencji ustępujący Ratusz szarpnął się na robiące wrażenie świecidełka, ale nie zanosiło się, że wpłynie to jakoś na wynik najbliższych wyborów.

Minąłem parę chichoczących nastolatków. Ona zarzuciła mu ręce na ramiona, on łapczywie spijał z jej ust, niedojrzałą jeszcze miłość. Jego dłonie nieśmiało pieściły jej plecy, a półprzymknięte oczy dziewczyny wyrażały bezgraniczne zaufanie. W tej chwili była cała jego. To nie zdarzało się każdego dnia. Prawdę mówiąc, to nie zdarzało się nigdy.

Przyśpieszyłem kroku, dostrzegając koguty migoczące na dachach policyjnych Opli, barwiące okolicę niespokojnym błękitem. Rejon przejścia pod mostem zabezpieczono czerwoną taśmą, po obu stronach dodatkowo pilnowali go funkcjonariusze Policji, wesoło gaworzący z kilkunastoma dziennikarzami.

Przeszedł mnie lekki dreszcz, jak zawsze wtedy, gdy zbliżałem się do miejsca zbrodni. Nie było mi zimno. Wysoko podniesiony kołnierz płaszcza chronił mnie przed delikatnymi podmuchami wiatru, a szerokie rondo kapelusza przed pchającymi się do oczu płatkami.

Rzuciłem w zaspę niedopałek papierosa i pokazując policjantom odznakę, bez słowa przeszedłem pod taśmą zabezpieczającą, ignorując sypiące się jak śnieg pytania pismaków. Na miejscu byli już – komisarz Janusz Gordon i asystent prokuratora Krystyna Hart, stojący nieopodal ambulansu, nad czarnym, złowróżbnym, foliowym workiem. Usłyszawszy kroki odwrócili się w moją stronę.

Gordon, typowany do awansu zaraz po zmianie obsady Ratusza, był barczystym czterdziestolatkiem z karkiem szerokim jak płyta lotniska w Balicach. Jego nalana, poczciwa twarz, nadająca mu wygląd buldoga (tak go zresztą nazywano za jego plecami) budziła nadzwyczajne zaufanie, toteż podczas przesłuchań często grał rolę „tego dobrego”. Jednocześnie, wbrew powszechnemu wrażeniu, był nadzwyczaj sprawny, o czym szybko przekonywali się ci, którzy nieopatrznie liczyli na łatwą walkę z silnym, lecz powolnym kolosem. Stanowił przy tym rzadki okaz bezwzględnego legalisty, twardo przestrzegającego reguł prawa. Nie nadużywał przemocy, nie podnosił głosu, zawsze spokojny i opanowany, mógł się niektórym wydawać mięczakiem, ale był urodzonym gliniarzem.

Stojąca obok niego Krystyna Hart, odziana w krótki czarny płaszczyk, fioletowy szal i wełniane rękawiczki tego samego koloru, promieniała zaś niecodziennym wdziękiem. Zazwyczaj poważna, nieustannie zaczytana, wiecznie zapracowana, a przez to daleka od małżeństwa jak ja od trzeźwości w piątkowy wieczór, w tej chwili, z małym, czerwonym od kataru noskiem, rumianymi policzkami i czarnymi falistymi włosami, gęsto spływającymi do ramion, wyglądała urzekająco. Gdzieś zapodział się jej urzędowy formalizm, a na wierzch wypłynęła, wcześniej skrupulatnie skrywana, kobiecość.

Zamrugałem oczyma.
Aż dziw brał człowieka, że w tak piękną noc, pod naszymi stopami leżał trup.
– Ho, ho, ho, Merry Christmas – mruknąłem, wbrew etykiecie pierwszy wyciągając rękę do Gordona, wyraźnie niezadowolonego z tego, że też musi wyjąć dłoń z ciepłej kieszeni. Z Krystyną Hart wymieniłem tylko uśmiechnięte spojrzenie. Rozpromieniła się jeszcze bardziej.
– Dobrze, że jesteś – komisarz pochylił się nad workiem i rozsunął go ze zgrzytem, ukazując mi nieszczęśnika w tanim garniturze, któremu coś strzeliło do głowy. Na oko oceniłem, że owo „coś” miało kaliber 11 milimetrów. – Co myślisz?
– Że nie żyje.
– Jak na to wpadłeś? – Gordon parsknął śmiechem – Gość prawie nie ma twarzy.
– Żywego nie pakowalibyście w worek. Nawet przy tej pogodzie.
– Znaleziono go godzinę temu – spoważniał prostując się – Zastrzelono go dzisiaj i wyrzucono z samochodu. Wkoło teoretycznie było pełno ludzi, ale…
– …nikt nic nie widział – dokończyłem za niego.
Skinął głową.
– Kieszenie praktycznie puste – ciągnął dalej – Brak portfela, brak dowodu tożsamości, komórki, karty telefonicznej. Miał tylko to – wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza woreczek z kawałkiem papieru, który okazał się ulotką klubu nocnego „Miriady”.
Przyjrzałem się jej bez rozpakowywania i oddałem.
– Rozdawali dziś takie robotnikom, między siódmą, a dziesiątą, koło magazynów na Saskiej – oznajmiłem, wodząc wzrokiem po Wiśle.
Gordona na moment zatkało, ale szybko odzyskał mowę.
– Możesz mi powiedzieć, co do jasnej cholery robiłeś na Saskiej między siódmą, a dziesiątą?
– Spacerowałem – uciąłem temat, mrużąc oczy – Zdjęliście odciski palców? – zwróciłem się do stojącej obok kobiety.
– Widziałeś jego ręce? – spytała w odpowiedzi, wskazując spojrzeniem na trupa.

Pochyliłem się nad zwłokami i przesunąłem zamek worka niemal do samego końca. Gordon, który w życiu widział już niejednego nieboszczyka w marnym stanie, chrząknął z niesmakiem na widok jaki ukazałem światu, ale nie odwrócił wzroku.

Nie tylko głowa nieszczęśnika była mocno pokiereszowana. Całe ciało nosiło wyraźne ślady okrutnych i wymyślnych tortur, na które ktoś miał wiele czasu. Zbyt wiele.
– Nogi wielokrotnie połamane, prawdopodobnie prętem zbrojeniowym – zaczęła beznamiętnie wymieniać Hart, pokazując kolejne obrażenia snopem światła z niewielkiej latarki. Na powrót zmieniła się w rzeczową asystentkę prokuratora, a jej kobiecy urok na te kilka chwil schował się gdzieś za radiowozem, zastąpiony przez chłodny prawniczy profesjonalizm – palce u stóp powyłamywane, palce u obu rąk odcięte, liczne ślady obrażeń na torsie, ślady przypalania papierosem na szyi. A to wszystko tylko czubek góry lodowej. Szukanie pozostałych ran i dociekanie ich pochodzenia zostawiam już biegłym.

Zgasiła latarkę i wsunęła ją wraz z dłonią w kieszeń płaszcza.
– Ktoś go bardzo chciał zabić – podsumowałem przyglądając się obrażeniom. – Tak, żeby czuł, że umiera.
– Skalia?
– Nie, Skalia jest staromodny, nie znęca się nad ludźmi, tylko bez ogródek strzela im z obrzyna twarz. Po sycylijsku. Rozumiecie, omerta, i takie tam dziecinne pierdoły. Ustalmy kim jest ofiara, to dojdziemy do tego, kto mu zrobił krzywdę – rozsunąłem zakrwawiony kołnierz koszuli i wyjąłem zza niej zmięty, fioletowy krawat. Wspaniale. Facet był trupem, a na dodatek miał fatalny gust. – Kristi, poświeć na szyję – nakazałem. Nie widziałem jej twarzy, ale czułem, że się zaczerwieniła. – Widzicie to? – wskazałem ciemny kształt ledwie widoczny pod plamą zakrzepłej krwi.
– Kotwica – skomentował Gordon – Ma ją w tym kraju co drugi marynarz. Może to Popeye? – zażartował, choć nie było tego słychać w jego głosie.
– Tak, nie zdążył wszamać szpinaku – mruknąłem drwiąco – To nie jest marynarska kotwica, tylko tatuaż więzienny oznaczający „wydrę”, złodzieja specjalizującego się w wyrywaniu kobietom torebek z ręki. Na szyi robią go tylko w jednym mieście. W Nothingtown.
– Skąd wiesz? – zaciekawiła się Hart.
– Posadzili mnie kiedyś na trzy miesiące – zasunąłem worek, skrywając zmasakrowane ciało pod warstwą folii – Za niewinność, jako wtyczkę w celi niejakiego Gurmana, człowieka Skalii – dodałem, widząc zdziwienie malujące się we wspaniale niebieskich oczach kobiety – Ktoś u góry naiwnie liczył, że będzie sypał. Cóż, przeliczył się, ale te trzy miesiące za kratkami czegoś mnie nauczyły.
– Znaczenia tatuaży? – uśmiechnęła się nieśmiało.
– Też. Ale przede wszystkim tego, żeby pod prysznicem nie odwracać się plecami do dużego, spoconego faceta o pseudonimie Bolec…
– Oszczędź nam szczegółów, Malroł – prychnął gniewnie Gordon – Filbi idzie.

Faktycznie, pieprzona gwiazda prokuratury i przyszły radny miejski – Robert Filbi – nadchodził, roztaczając wokół siebie aurę tak wielkiej pewności siebie, że nawet księżyc czuł się przy nim zakompleksiony. Ubrany w nienagannie skrojony garnitur skryty pod modnym płaszczem, przystanął obok dziennikarzy i zaczął się z nimi witać, co rusz rozbawiając ich jakimś żartem. Zdawało się, że cały okoliczny świat, w tym my, skupił swoją uwagę na jego roześmianej twarzy i czuprynie jasnych włosów, rozświetlanych błyskającymi fleszami aparatów fotograficznych.

Znałem go jeszcze z czasów studenckich i darzyłem szczerą, niewymuszoną niechęcią. Studia prawnicze ukończył z wyróżnieniem, w dwa lata po mnie i niemal od razu, dzięki połączeniu inteligencji i uroku osobistego, zawojował prokuraturę. Kreując się na szeryfa – jedynego sprawiedliwego w mieście – stał się ulubieńcem mediów, co otworzyło mu drogę na salony. Te zawojował równie szybko, co wymiar sprawiedliwości. Szerokim echem odbił się jego ślub z Lilianą Hardy – piękną przedstawicielką bogatej, prawniczej rodzinny, która zresztą niedawno urodziła mu drugie dziecko. Ambicje Filbiego sięgały jednak znacznie dalej, równie bezwzględności z jaką zmierzał do upatrzonego celu. Tajemnicą poliszynela było, że zamierza wystartować w najbliższych wyborach do Rady Miasta z listy byłego wiceburmistrza Pullmana. Był przy tym pewnym kandydatem na nowego przewodniczącego Komisji Praworządności. Wiedział o tym on, wiedziały o tym media, wiedziały o tym ustępujące władze, które na każdym kroku starały się podłożyć mu nogę. Bezskutecznie. Filbi ze swoim szerokim uśmiechem na twarzy, był zawsze o krok przed wszystkimi, przez co czuł się usprawiedliwiony w byciu aroganckim dupkiem wobec każdego z nas.
– Z czego on się tak cieszy? – zapytałem.
– Też byś się cieszył na jego miejscu – burknął Gordon – Paraliż komunikacyjny w Nothingtown mu służy. Wszyscy narzekają na korki. On to czuje i mówi im to co chcą usłyszeć, zdobywając kolejne punkty poparcia. Sukinsyn wygra wybory i zgarnie całą pulę.
– Przecież oficjalnie jeszcze nie wystartował.
– Malroł, Malroł, gliniarzem jesteś dobrym, ale politykę zostaw mądrzejszym od siebie. Filbi ogłosi start w momencie który uzna dla siebie za najdogodniejszy. Zobaczysz.
– Skończył, idzie – szepnęła Hart, nerwowo poprawiając płaszcz.

Filbi faktycznie oderwał się od dziennikarzy, lecz zanim przyśpieszył kroku, ostatni raz obrócił się do grupki z aparatami i wycelowawszy w nią palcami, rzucił jakimś zdaniem, które sprawiło, że wszyscy, wliczając w to stojących obok taśmy policjantów, wybuchli gromkim śmiechem.
– Może trupa też rozbawi… – mruknąłem.

Gordon wystąpił nieco do przodu i wyciągnął rękę do nadchodzącego mężczyzny. Ten bez słowa ją uścisnął i od razu przeszedł do konkretów:
– Kto, kogo, kiedy i dlaczego? – rzucił w stronę asystentki. W tej chwili byłem dla niego tylko powietrzem. Na swój sposób, wielce mnie to cieszyło.
– Jeszcze nie wiadomo… – zmieszała się kobieta, mimo iż była przyzwyczajona do rzeczowości swojego szefa.
– Jak to nic nie wiadomo?! – zirytował się Filbi – Jesteście tu już 25 minut! Jest Wigilia! Chcecie tu tkwić całą noc? Mam wam zamówić karpia?
– Facet nie ma przy sobie nic co pozwoliłoby go zidentyfikować i oczywiście nikt niczego nie widział – spokojnie wyjaśnił komisarz – Dziś to zwierzęta przemawiają ludzkim żartem, nie trup.
– Świetny żart Gordon. Może chcesz go opowiedzieć pismakom? Będą mieli ubaw po pachy! Wiadomo chociaż czyj to człowiek i za co go załatwili? – prokurator wskazał na worek.
– Skąd ja mam to cholera wiedzieć Filbi?
– Płacą ci za to żebyś wiedział.
– Moim zdaniem załatwili go za kolor krawata – wtrąciłem.
– Zamknij się Malroł.
– Janusz – Filbi złagodził ton ignorując mój wtręt – Muszę zaraz iść do dziennikarzy, co ja im powiem? Że nie wiesz? Wszyscy dostają upominki na gwiazdkę, a ja dostaję w prezencie trupa. Bądź tak dobry i dodaj do niego wyjaśnienie sprawy. A Ty Hart – zwrócił się do kobiety – Wyjdź do tych hien koło taśmy i pokaż że czegoś się ode mnie nauczyłaś. Uśmiechnij się, opowiedz parę dowcipów, i tak dalej. Daj nam 15 minut, to więcej niż potrzeba.

Hart skinęła głową i posłusznie odeszła w stronę dziennikarzy, ale dobry nastrój znikł z jej twarzy wraz z rumieńcami. Nienawidziła, gdy Filbi odsuwał ją na boczny tor, ale upragnione stanowisko prokuratora było już tak blisko, że w ostatnich tygodniach wszystkie polecania przełożonego przyjmowała z chłodną obojętnością.
– Spójrzcie na nią – szepnął Filbi odprowadzając ją wzrokiem – Mogłaby teraz leżeć półnaga na niedźwiedziej skórze, w alpejskiej chacie, w ramionach jakiegoś obrzydliwie bogatego faceta, a woli spędzać święta z trupami – uśmiechnął się do mnie znacząco. Z formalnego punktu widzenia pod mostem leżał tylko jeden trup. Z formalnego punktu widzenia… – Ale do rzeczy – wskazał ręką worek – Co mamy?
– Miał w kieszeni to – Gordon podał mu worek z ulotką.
– „Miriady”. Hmmm… Rozdawali je dziś rano na Saskiej…

Jeżeli komisarz był zaskoczony nagłym déjà vu, a musiał być nim zaskoczony, to prawie w ogóle nie dał tego po sobie poznać.
– Skąd wiesz? – zapytał, jakby był oceanem spokoju, choć w jego brązowych oczach szalał sztorm irytacji.
– Po prostu wiem. Pracuję w prokuraturze, a nie w ZUSie. Pokażcie mi jego mordę.

Gordon po raz kolejny pochylił się nad trupem. Zgrzytnął zamek, zaszeleściła folia.
– Komisarzu Malroł, Pan Inspektor Herbert chce z Panem rozmawiać! – usłyszałem. Jeden z policjantów opierających się o radiowóz machał do mnie dłonią. Ledwie go widziałem przez białą ścianę coraz obficiej sypiącego się śniegu.
– Idź – nakazał Filbi z zaciekawieniem przyglądając się nieboszczykowi.

Poszedłem. Za plecami zdążyłem jeszcze usłyszeć jak mówi do Gordona: „Ten ponury kutas na pewno wpadł na coś, co przeoczyliście. Streść mi to.” Prawie się wzruszyłem.

Policjant bez słowa oddał mi słuchawkę radia. Wsiadłem do ciepłego wnętrza radiowozu by choć na moment schronić się przed śniegiem.
– Malroł, słucham – rzuciłem krótko.
– Ustaliliście coś? – rozbrzmiał ciepły, chropowaty głos inspektora Michała Herberta, szefa Wydziału Zabójstw.
– Jesteśmy w trakcie. Filbi już jest na miejscu.
– To dobrze. Może to skurwiel, ale gra w naszej drużynie.
– To człowiek Pullmana – mruknąłem, choć nie powinienem.
– Nie gadajmy o polityce Filipie, są święta – prawie widziałem uśmiech Herberta, gdzieś tam na komisariacie, po drugiej stronie słuchawki – A propos świąt, zgarnijcie trupa i wracajcie do domów. Odpuście sobie. To rozkaz z samej góry.
– Z całym szacunkiem, ale jeśli istnieją jakieś ślady, do jutra w ogóle już znikną pod śniegiem.
– Nieważne. Zrób co możesz i wracaj do domu.
– Poczucie obowiązku mi nie pozwala.
– Przestań mi tu pieprzyć Malroł, bo się rozczulę – powiedział bez cienia zdenerwowania. Za rok miał przejść na emeryturę, wyjątkowo późno zresztą i sprawy miasta powoli przestawały go obchodzić. Widział w życiu więcej zła niż każdy z nas i chyba zaczął je akceptować. Nie godzić się na nie, bo to byłoby zbyt wiele, ale właśnie akceptować jego istnienie. – Posłuchasz mnie, czy znowu będziesz się włóczył po jakichś magazynach?
– Zastanowię się. Obiecuję – zapewniłem.
– Trzymam cię za słowo. Wesołych Świąt. Bez odbioru.

Odłożyłem słuchawkę.

Wychodząc z samochodu prawie wpadłem na pannę Hart. Śnieg wspaniale lśnił na jej czarnych włosach, niczym lodowa korona u Królowej Zimy.
– Zaczekaj Mal… – szepnęła nieśmiało. – Wszystko w porządku? – zapytała, choć znała odpowiedź.
– Żyję – odparłem wymijająco, uśmiechnąwszy się słabo.
– Wiem, że jest ci ciężko, więc pomyślałam, że może wpadłbyś do nas na Wigilię… Nie będzie nikogo prócz rodziców, Toma i jego żony.
– Brzmi wspaniale, ale nie chciałbym zakłócić rodzinnej atmosfery…
– Nie zakłócisz! – zapewniła – Będziesz mógł poudawać mojego chłopaka, może rodzice przestaną się martwić, że zostanę starą panną…
– Śmierdzę wódą, Kristi.
– Ale dziś taką z górnej półki – uśmiechnęła się, ale był to bardzo smutny uśmiech. Wiedziała już, że nie przyjdę.
– Zobaczę co da się zrobić – westchnąłem, a zabrzmiało to jak zaklęcie. Moje „zobaczę” oznaczało „przykro mi”.

I było mi naprawdę przykro.

Wiedziałem, że ją zawiodę, pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz, ale tym razem w sposób szczególny. Ona będzie czekać przy oknie, nie wierząc że przyjdę, ale mając na to nadzieję i smutniejąc z każdą godziną. Będzie myśleć, że nikt tego nie zauważy, ale rodzice zauważą, bo oni zawsze zauważają i zaczną ją pocieszać. Ja tymczasem będę w samotności spożywał dwanaście potraw z dwunastu różnych butelek whisky. Jesteś kutasem Malroł – przyznałem sobie w duchu. A nawet gorzej. Jesteś kutasem, który zawodzi.

Ze strachu.
– Byłbym zapomniał – przerwałem chwilę ciszy, która rozdzieliła nas jak czarna pustka ziejąca pomiędzy Marsem a Wenus. – Mam coś dla ciebie – wyjąłem zza połów płaszcza drobny pakunek.
– Oj Mal, nie trzeba było – na jej twarzy znowu zagościł choć ślad radości. – Co to jest?
– Kodeks Karny z dedykacją – wtrącił przechodzący obok Filbi i puścił do mnie oko. Zignorowałem to. Wraz z Gordonem wpakowali się do radiowozu i zaczęli nad czymś gorączkowo debatować. Kątem oka zauważyłem, że sanitariusze sprzątnęli worek z nieboszczykiem do ambulansu. Miał wyruszyć w ostatnią podróż na koszt podatnika – prosto do miejskiej kostnicy.
– „Żegnaj, laleczko” Raymonda Chandlera! – zawołała rozradowana kobieta – Skąd wiedziałeś, że jej nie mam?!
– Intuicja – bąknąłem uśmiechając się. Nie mogłem jej przecież powiedzieć, że kazałem Karterowi, policyjnemu technikowi, który przed tygodniem w ramach spełniania dobrych uczynków naprawiał jej kablówkę, przy okazji zajrzeć do jej biblioteczki.
– Ja teraz nie mam nic dla ciebie…
– Nic nie szkodzi, kiedyś mi się zrewanżujesz.

Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale zdążyła tylko lekko rozchylić usta, nim przerwał jej głos Filbiego:
– No i wszystko jasne. Chodźcie tu.

Zbliżyliśmy się do radiowozu, by pochylić się przy szeroko otwartych drzwiach. Prokurator postukał palcem w ekran laptopa. Widniała na nim twarz nieszczęśnika spod mostu.
– Sprawdziliśmy rejestr skazanych pod kątem popełnionych przestępstw, każąc programowi ograniczyć wyniki tylko do osób odsiadujących karę pozbawienia wolności w Nothingtown – zaczął tłumaczyć Gordon – Wyników było zbyt dużo, ale…
– Jego morda wydała mi się zaskakująco znajoma – przerwał mu Filbi – Jedno z nazwisk na liście od razu rzuciło mi się w oczy i…
– Powiem wprost – komisarz na powrót przejął głos – Właśnie wpakowaliśmy w worek ciało Krystiana, syna byłego wiceburmistrza Pullmana.
– Tego gorszego syna, z pierwszego małżeństwa, z którym były same problemy – uściślił prokurator spoglądając na ambulans.
– No to będzie się działo… – skomentowałem.
– Będzie – zgodził się Filbi. – Ale nie dziś. Dziś są święta.
– Co powiesz mediom? – zaciekawił się Gordon.
– Nie wiem – wzruszył ramionami prokurator po czym uśmiechnął się dziwnie – Coś wymyślę. Obowiązuje was ścisła tajemnica – spojrzał nam po kolei w oczy, jakby czegoś w nich szukał. – Dajmy ludziom odpocząć, rozpakować prezenty i pośpiewać kolędy. Pierwszej gwiazdki przez te cholerne chmury i tak nie zobaczą, a jutro rozpęta się burza. Nie wiem jak wy, ale ja wracam do domu – zamknął laptopa – Gordon, powiadom swojego szefa o tym co ustaliliśmy, Hart „niechcący” poinformuj pismaków, że jutro o ósmej rano organizuję konferencję prasową, tylko nie mów im w jakiej sprawie, a ty Malroł… – popatrzył na mnie – Ty Malroł możesz iść w cholerę – uśmiechnął się i opuścił radiowóz.

Skierowałem wzrok na świecącą konstrukcję Mostu Piłsudskiego. Sięgnąłem po papierosa.

Sprawa, jak wszystko w tym mieście, śmierdziała na kilometr. Na dwa miesiące przed wyborami, ktoś w bestialski sposób mordował „czarną owcę” rodziny Pullmanów. W Nothingtown nic nie zdarzało się przypadkowo, więc w głowie kłębiły mi się rozmaite pytania, z których dwa jaśniały równie intensywnie jak neon nad kurdwanowskim burdelem: „Komu najbardziej zależało na śmierci Krystiana Pullmana?” i „Kiedy stary Pullman wykorzysta to w kampanii?”

Zaciągnąłem się Camelem i wypuścił przed siebie chmurę dymu. Śnieg padał i padał.

Niech pada – pomyślałem.

Bez pożegnania ruszyłem przed siebie bulwarami. Magazyny na Saskiej czekały.

Kraków, listopad 2012 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *