Rachus Quartet – „Globetrotter” (2014)

Jest taki stary (i suchy) dowcip – rock to muzyka składająca się z czterech akordów, której słuchają tysiące ludzi, podczas gdy jazz to utwory złożone z tysięcy akordów słuchane przez czterech ludzi. Zgarnąłem do recenzji debiutancki album Rachus Quartet i choć z klasyką gatunku jestem dość solidnie zaznajomiony (a można właśnie dlatego) – z miejsca tego pożałowałem. Pomimo bowiem tego, że zapoznałem się z „Globetrotter” naprawdę porządnie – tradycyjnie już – słuchając jej w domu, w pracy i w toku przemierzania odległości pomiędzy jednym, a drugim – na dwie godziny przed tym jak zasiadłem do pisania, miałem taką pustkę w głowie, że jedyne co byłem w stanie zrobić, to gapić się tępo w ścianę, jakby miał mi się tam zaraz wyświetlić John Coltrane i podyktować poszczególne słowa. W panice zacząłem szukać kogoś, kto w gatunku zasadzony jest jeszcze bardziej i będzie w stanie potwierdzić moje intuicje. „Co to, jazz?” – zapytał brat, widząc moją strapioną minę – „Bałbym się recenzować takie rzeczy” – dobił mnie.

Czemu tak? Bo debiut Rachus Quartet to jakby emanacja tego, co słyszysz w głowie, gdy ktoś wypowiada słowo „jazz”, ale to wcale nie jest komplement. Gdyby to była klasyczna muzyka tła, jaka towarzyszy nieraz zmaganiom bohaterów: w czarnobiałych filmach, albo – zejdźmy na moment z kultury wysokiej – w pornosach z lat 90tych (no co? Dorastałem wtedy), to nie miałbym się do czego przyczepić, lecz wydaje mi się, że ambicje chłopaków tworzących kwartet sięgają nieco wyżej.

Zmierzam do tego, że możliwe są w tej kwestii dwa podejścia – albo 1) przyjęcie, że pierwsze zdanie z niniejszego akapitu to (mimo wszystko) komplement, bo też utwory niewątpliwie wykonane są sprawnie, co przecież nie jest regułą (ze szczególnym i dość oczywistym wskazaniem na saksofon, ale ten ma akurat takie zadanie, że słaby po prostu być nie może), albo 2) podpisanie się pod zdaniem, że jazz powinien być eksperymentem i przeciętny oraz przewidywalny po prostu być nie może. Jako, że osobiście jestem zdecydowanym zwolennikiem tego ostatniego podejścia, sam fanem „Globetrottera” nie zostałem.

OKLADKA-rachus-q

Kwartet bowiem, przez niemalże całość albumu, konsekwentnie podąża bezpieczną i dobrze wydeptaną ścieżką nie oferując nic ponadto, co słyszało się już na dziesiątkach podobnych płyt. Nie ma tu niczego, od czego choć raz zazgrzytałyby zęby, ale poza jednym epizodem – i to jest chyba clou mego małego publicystycznego spektaklu – nie ma też niczego w czym można by się zatracić, a chyba właśnie tego każdy szuka w muzyce. Innymi słowy – to raczej rzemiosło, niż sztuka. Za tym, jak wielkim festiwalem przewidywalności jest „Globetrotter” – od pierwszego do ostatniego kawałka – niech przemówi także fakt, że słucham tej płyty od dwóch tygodni i chyba pierwszy raz w życiu mam problem z zapamiętaniem nazw kawałków. Mój mózg uznał po prostu, że nie ma to najmniejszego sensu i gdybym był złośliwy, napisałbym, że nie jest to „klasyczny jazz”, tylko „jazz generyczny” i nie trzeba nazywać poszczególnych utworów, jako, że wystarczy zostawić „track 1”, „track 2”, itd.

Na szczęście – zazwyczaj nie jestem złośliwy (choć zarejestrowany materiał brzmi jednak dość syntetycznie), byłbym za to niesprawiedliwy, gdybym nie wspomniał o tym co mi się spodobało. Zapamiętałem bowiem jeden tytuł – Narkolędnicy, który rozbrzmiewa mniej więcej w połowie albumu. W jedenastominutowej improwizacji pojękują dobrze kojarzące się duchy, m.in. Możdżera w zestawie z Larsem Danielssonem i Zoharem Fresco, a nawet Gershwina (po ciężkiej nocy we Wiedniu) i muszę przyznać, że w tym szaleństwie jest metoda, chociaż uwadze nie umyka fakt, że podczas gdy na płycie dominuje schemat i porządek, tu momentami zgiełk wydostaje się spod kontroli.

W związku z powyższym, pytanie, które należy sobie zadać w kontekście potencjalnego nowego albumu, brzmi – to nowy kierunek, czy kierunek porzucony w trakcie nagrywania płyty? Odpowiedź na nie będzie miała zasadnicze konsekwencje, bo debiut może się jeszcze bronić – wśród najbardziej wyposzczonych fanów jazzu (pozostałych trzech), natomiast kolejne gatunkowe kopiuj-wklej, może być już problemem.


Artykuł opublikowany w Krakowskiej Scenie Muzycznej w dniu 23 czerwca 2015 r.
Strona zespołu:  Rachus Quartet

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *