„Stranger Things” – sezon drugi (2017)

Straszne historie zawsze były otoczone w mojej rodzinie osobliwym kultem. Piątek, świątek czy niedziela – gdy tylko nadchodził wieczór – Mama podbierała pilot śpiącemu Tacie, by przeczesywać kanały telewizyjne w poszukiwaniu nowego horroru lub innego filmu z maszkarą w tle. Jako, że „Carrie”, „Dziecko Rosemary” i „Coś” zbyt wolno ryły mą nastoletnią psychikę, za dnia kochana rodzicielka dokładała mi jeszcze książkowym Kingiem, Mastertonem i Koontzem. Nigdy nie mogłem się nadziwić, dlaczego ta mądra, dobra i spokojna kobieta tak bardzo lubi mroczne opowieści i ciarki na plecach, ale nie mam wątpliwości, że dzięki niej połknąłem bakcyla. Za czasów studenckich, z uwielbieniem chłonąłem już dzieła Edgara Allana Poe i H.P. Lovecrafta, by następnie kilkukrotnie zanurzyć się w sennej atmosferze miasteczka Silent Hill. 

Od tamtej chwili zdążyłem pochłonąć dziesiątki mniej lub bardziej straszących historii i z bólem obserwowałem postępującą degradację gatunku. Prymitywne sztuczki (maszkary wyskakujące z dupy, tj. z zaskoczenia, czyli tzw. „jump scare’y”), skupienie się raczej na próbie zszokowania widza ilością flaków i juchy, niż budowaniu nastroju grozy, scenariuszowa nędza i dialogi jak z pornola (na część tych grzechów, w różnym natężeniu cierpiał zresztą także recenzowany „Cry of Fear”).  Nie, żeby kiedyś było wyłącznie dobrze, ale ileż można gapić się na seksowne kobiety walczące z przewidywalnymi, jak Episkopat maszkarami?[1]Bez końca, ale nie o to mi chodzi. Niby coś tam od czasu do czasu zamrugało na horyzoncie (przyzwoita „Obecność”), ale generalnie rządziły produkcje spod znaku „Zombie SS” i kolejne części „Piły”.

“We are talking about the destruction of our world as we know it.”

Wziąwszy po uwagę powyższe okoliczności przyrody, nie można się dziwić, że pierwszy sezon netflixowego „Stranger Things” (2016) z miejsca okazał się ogromnym sukcesem[2]Na ten moment 12 nagród przy 43 nominacjach, w tym do nagrody Emmy i Złotych Globów. Osadzony w głębokich latach 80-tych – czasach disco, Zimnej Wojny i gier na automaty – serial, nie wymyślał bowiem może nic nowego, ale przywracał „stare, dobre” w iście mistrzowskim stylu. Dostawaliśmy typowe amerykańskie miasteczko (tak często portretowane w najlepszych powieściach Kinga), archetypicznych lub wręcz stereotypowych bohaterów (grupa geeków, dziewczynka ze zdolnościami parapsychicznymi, szeryf z problemami alkoholowymi, amoralni naukowcy, etc.) i mroczną historię zaginięcia, pełną rozlicznych nawiązań do klasyki – nie tylko kina grozy (m.in. „Goonies”„Gwiezdne Wojny”, „Władca Pierścieni”, „E.T.”, „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” „Coś”). Być może bez obsady, która znakomicie wywiązała się ze swej roli (z tych bardziej znanych – Winona Ryder i David Harbour, ale to debiutanci wcielający się w rolę dzieciaków wypadli tu najlepiej) i sprawnie poprowadzonego scenariusza, coś mogłoby tu nie wypalić, ale że całość dodatkowo oparto na sentymentalnym westchnieniu ku młodości dzisiejszych 40-sto i 30-stolatków (nasze lata 90-te, to w sumie amerykańskie lata 80-te. Dzięki Żelazna Kurtyno!) – pierwsze „Stranger Things” weszło w naszą wyobraźnię, jak wystrzelona z Predatora rakieta powietrze-ziemia w afgańską chatę.

“Sorry, you ate my cat.”

Jak na tle pierwszego sezonu prezentuje się sezon numer dwa?

Cóż, to że „eksperyment” wypalił i wyobraźnia Braci Duffer dostała kredyt zaufania i finansową przepustkę na kolejne odcinki widać gołym okiem. Obsadzenie Seana Astina – znanego przede wszystkim z roli Sama we „Władcy Pierścieni”[3]Choć dla „wyhaczenia” go przez twórców serialu, główne znaczenie miał jego udział we wspomnianych „Goonies”. w roli partnera Joyce Byers (matki małego Willa), solidne efekty specjalne i cały pakiet popularnych piosenek w tle – wskazują, że budżet produkcji uległ znaczącemu zwiększeniu. Trudno jednakże (zawsze jest jakieś „jednakże”) było pozbyć mi się wrażenia, że pomimo większej ilości dolarów w kasie – Dufferowie wybrali bezpieczną ścieżkę i delikatnie mówiąc – nie zaszaleli.

Kontynuacja „Stranger Things” nie oddala się bowiem zbytnio od pierwowzoru i oszczędnie wprowadza nowe wątki. Złośliwi mogliby nawet stwierdzić, że „złego naukowca zastępuje dobry naukowiec, a poza tym po staremu” i wcale nie byliby dalecy od prawdy.


SPOILER ALERT!


Akcja zasadniczo nie wychodzi poza Hawkins, które nadal jest typową amerykańską dziurą (co jest okay, bo gdy raz „wychodzi”, robi to w tak złym stylu, że człowiek nie może się doczekać, aż na powrót „wróci”). Niekwestionowanymi gwiazdami serialu ciągle są czterej młodociani rowerzyści z zamiłowaniem do pakowania się w kłopoty (co jest jeszcze bardziej okay). Fabuła ponownie kręci się wokół Willa, który znowu – w pewnym sensie – zostaje porwany. Joyce nadal jest neurotyczną i histeryczną matką, Hopper gliniarzem z przeszłością, a Jonathan, Nancy i Steve – znowu mają typowo nastoletnie problemy[4]Rany Boskie, przecież każdy z nas miał przyjaciela, którego pożarły potwory! Wielkie mi halo!. Maszkara tym razem jest wprawdzie znacznie większa, ma lovecraftowskie macki, a na dodatek służą jej pomniejsze miniony, ale żebyśmy przy okazji czegoś dowiedzieli się o jej motywach lub „drugiej stronie” – to nie. To nadal dekoracja, taka sama jak wspomniane wyżej miasteczko.

To nie tak, że czepiam się tylko po to, żeby mieć o czym pisać. Dostrzegam pewne zmiany w rysie charakterologicznym dotychczasowych bohaterów (np. Steve nagle robi się dużo sympatyczniejszy, niż Jonathan), doceniam wprowadzenie nowych (choć żaden z nich nie dorównuje tym starym i gdyby któregoś wszamały potwory, chyba nawet bym nie zauważył[5]Ten dowcip jest zrozumiały dopiero po obejrzeniu całości.), ale jednocześnie irytuje mnie pewna taka zachowawczość. Bo jeśli pierwszy sezon stanowił pewną zamkniętą historię z ewentualną furtką na kontynuację, to w tej kontynuacji już widać elementy wielosezonowego kalkulowania wedle zasady – tu coś sobie tylko zaczniemy, żeby następnie pociągnąć wątek w kolejnych sezonach (vide postać Ósemki – siostry Jedenastki, która pojawia się w jednym z odcinków – nie wiadomo w zasadzie po co). Jednocześnie – w związku z powyższym – nie za bardzo kupuję też argument, że czasami trzeba zwolnić z akcją, żeby pozwolić rozwinąć się bohaterom, bo nie mam wrażenia, jakoby wybitnie się rozwinęli, może poza wspomnianym Steve’m i Jedenastką,  a mam przekonanie graniczące z pewnością, że w trzecim sezonie Winona Ryder nadal dostanie do odegrania tę samą rolę rozedrganej emocjonalnie, rozczochranej matki. Poza tym, po to oglądam serial przygodowy, żeby przeżyć przygodę, a nie śledzić losy Nancy nie mogącej się zdecydować, którego wybrać chłopaka.

Plakat promujący drugi sezon.

“You did good, kid.”

Po ostatnich akapitach można się zastanawiać, czy niżej podpisany będzie czekał na kolejne odcinki.

Pozwólcie, że natychmiast je rozwieję – oczywiście będę czekał jak popierdzielony, bo to rewelacyjny serial ze świetnymi bohaterami (kto uwielbia „grubego” – ręka do góry!). Mam natomiast tzw. „oczekiwania” i na ich podstawie spodziewam się, że następnym razem dowiem się czegoś więcej o „drugiej stronie” i jej mieszkańcach, o eksperymentach na dzieciach i ich skutkach, a twórcy wrzucą w scenariusz coś, co mnie zaskoczy i czego nie będę w stanie przewidzieć na trzy odcinki do przodu. Mam świadomość, że „Stranger Things” to pulpa doprowadzona do absolutności, ale nawet pulpa nieustannie puszczająca oko do widza, musi się rozwijać, żeby za dwa sezony nie zaczęła mrugać do samej siebie.

Nie przeżyłbym zrobienia z tego drugich „Zagubionych”.

Tymczasem – do zobaczenia w 1985 r.

PS: moja Mama oczywiście machnęła cały sezon w jeden wieczór, zarywając nockę. Biedne przedszkolaki, nie wiedzą z kim mają do czynienia…

Przypisy:   [ + ]

1. Bez końca, ale nie o to mi chodzi.
2. Na ten moment 12 nagród przy 43 nominacjach, w tym do nagrody Emmy i Złotych Globów
3. Choć dla „wyhaczenia” go przez twórców serialu, główne znaczenie miał jego udział we wspomnianych „Goonies”.
4. Rany Boskie, przecież każdy z nas miał przyjaciela, którego pożarły potwory! Wielkie mi halo!
5. Ten dowcip jest zrozumiały dopiero po obejrzeniu całości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *