Vedder vs Cornell – starcie gigantów grunge’u

Tysiące lat temu, w czasach o których nikt już nie pamięta, w pewnej krainie w północno-zachodniej części Stanów Zjednoczonych, narodził się grunge (ten termin sam w sobie nic nie oznacza, choć niekiedy (raczej post factum)  uważa się go za synonim  do słówka „dirt”, czyli „brud”*). Była to muzyka niezwykła pod każdym względem, łącząca w sobie: staroszkolne, rockowe granie, zbuntowane, ale naprawdę dobre teksty oraz młodzieńczą świeżość podlaną koktajlem wódki, narkotyków i przygodnego seksu (być może przesadzam, ale fajnie to brzmi, więc nie będę kasował).

W czasie apogeum popularności seattlowskiego grania narodziło się wiele kapel, które do dziś wyznaczają rytm bicia naszych serc, przede wszystkim – Pearl Jam, Soundgarden, Alice in Chains i Nirvana, lecz także mniej  znane (i w sumie słusznie) Stone Temple Pilots (San Diego to jednak nie Seattle, nie?).  Kłócenie się o to, który z tych zespołów był najlepszy jest naprawdę bez sensu, bo raz – że wszystko zależy od gustu, dwa – wszyscy którzy mają dobry gust, uważają że Pearl Jam.

Nie jest to jednak  notka bezpośrednio o grunge’u, o którym pewnie jeszcze sporo napiszę (chociażby w ramach Systema Naturae), a o literacko-wokalnym starciu dwóch tytanów gatunku: wokalisty Soundgarden – Chrisa Cornella i frontmana Pearl Jam – Eddiego Veddera. Polem walki stał się zaś ten sam utwór (podkład muzyczny – taśma profesjonalna – jest praktycznie identyczny), który obaj Panowie zaśpiewali w odmienny sposób, układając doń inny tekst i linie wokalne. Mowa oczywiście o „Times of Trouble”/„Footsteps”.

CORNELL – „TIMES OF TROUBLE” (1991 r.)

Historia tego utworu jest mętna i pokrętna jak ścieżki, którymi podążał mroczny umysł Antoniego Macierewicza, gdy ten dowodził  zamachu w Smoleńsku w oparciu o pękniętą parówkę.  W skrócie: Andy Wood – wokalista Mother Love Bone, czyli grupy złożonej z muzyków przyszłego Pearl Jam, jak wielu chłopców z rozmaitych zespołów przed nim i po nim (chociażby z Zespołu Parlamentarnego ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M, choć to akurat nie jest grupa rockowa), podążył niewłaściwą ścieżką, która skończyła się heroinowym zgonem. Chris Cornell, który w owym czasie pomieszkiwał z Andy’m, nakłonił tymczasowo pozostających przy życiu Gossarda i Amenta do nagrania albumu poświęconego Woodowi, zaprzęgając do tego jeszcze McCready’ego i Camerona (teraz wszyscy z Pearl Jam). W rekordowo krótkim czasie (2 tygodnie) zarejestrowali oni swoje dzieło i wydali je pod nazwą – „Temple of the Dog” (to nazwa grupy i płyty  zarazem).

Cornell oczywiście zaśpiewał w swoim charakterystycznym stylu, rozciągając poszczególne partie tekstu  w nieskończoność i wprawiając głos w charakterystyczne wibrowanie. Facet ma naprawdę imponujące możliwości (gorzej, że na żywo zdarza mu się niemiłosiernie fałszować) i operuje w  skalach niedostępnych dla zwyczajnego śmiertelnika (idąc w dosłowną, kolokwialną i modną u mnie na wsi deskrypcję – „jakby mu ktoś wkręcał jądra w imadło”). Całość wzbogaciła harmonijka ustna pobrzmiewająca zamiast typowej gitarowej solówki.

Tekstowo jest moim zdaniem tak sobie, bowiem Cornell najwyraźniej postawił sobie za punkt honoru nawiązać do dziwnej niby-poezji Wooda, którą dodatkowo wzbogacił optymizmem, przez co na końcu padają tu np. takie słowa:

If somebody pushed you over the edge
If somebody loved you and left you for dead
You got to hold on to your time till you break
Through these times of trouble

Po przetłumaczeniu na Polski, mogłaby to zaśpiewać Gosia Andrzejewicz.

VEDDER – „FOOTSTEPS” (1991 r.)

Teraz wyjdzie na jaw cały mój brak  obiektywizmu, cynizm i skurczysyństwo, bowiem kocham ten utwór i potrafię go wyrecytować od tyłu, przebudzony w samym środku nocy.

Geneza „Kroków” tkwi w samych początkach Pearl Jam. Ówczesny perkusista Red Hot Chili Peppers – Jack Irons, podrzucił Vedderowi płytkę z paroma instrumentalnymi kawałkami zespołu kleconego przez Gossarda i Amenta po rozpadzie Mother Love Bone, a Eddie nagrał swój śpiew i odesłał chłopakom z Seattle (zrobił na nich na tyle pozytywne wrażenie, że mruczy w Pearl Jam już 20 lat).

Na owej płytce znalazły się między innymi instrumentalne zapisy późniejszych: „Alive”, „Once” i „Footsteps”, które Vedder zręcznie połączył w jedną historię. „Alive” opowiadało o młodym chłopaku, który ma specyficzne relacje z matką (nie będę się dziś rozpisywał na ten temat, bo to chore), co skutkuje jego „dziwnym” podejściem do kobiet. W „Once”, już jako wykolejony psychopata, morduje on owe kobiety (cała tajemnica „dziwnego” podejścia, nie wykolejajcie swoich dzieci, moje drogie), by w „Footsteps” oczekiwać na wykonanie kary śmierci za swoje zbrodnie.

Podmiot liryczny nie kieruje więc słów: I did a what I had to do. If there was a reason, it was you” do utraconej ukochanej, przez którą zamierza popełnić samobójstwo (znalazłem w necie taką interpretację – jest głupia), a do owej matki, przez którą jest „delikatnie” odchylony od normy. Oczywiście poezja, rządząc się swoimi prawami, jest po to, by każdy interpretował ją na swój sposób, gdyż utwór zawsze żyje niezależnie od autora, niemniej jednak intencją Veddera było opowiedzenie określonej historii.

Tekst jest naprawdę zgrabnie napisany, a dodatkowo zaśpiewany z tym charakterystycznym, wczesno-vedderowskim zacięciem, jakby przeżywał każdą nutkę (po tylu latach nadal wywołuje ciarki, posłuchajcie, jeśli nic nie poczujecie to Rick Deckard zajdzie do Was kiedyś ciemną nocą). To jednocześnie Pearl Jam w najczystszej, najdoskonalszej postaci, który skromnymi środkami potrafi przekazać, że życie to cholernie trudny orzech do zgryzienia, na którym niejeden z nas połamie zęby.

WERDYKT
Oczywisty. Cornell był fajny, ale to Vedder jest za aborcją.
A tak na poważnie, dla mnie jednoznacznym zwycięzcą pojedynku jest oczywiście „Footsteps”, który na żywo wypada jeszcze lepiej, niż zamieszczone powyżej studyjne wykonanie. Jest w nim wszystko czego szuka się w muzyce – niesamowita melodia, piękny tekst i smutna historia.
Szkoda, że  Pearl Jam  nie gra tak dzisiaj.


* nie dam sobie za to ręki uciąć, więc pozwolę poprawić się komuś mądrzejszemu.

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *