Warstadt – „Warstadt” (2014)

Początki tej kapeli, to klasyk w czystej postaci: od pierwszych prób w garażu (warsztacie) w 1997 r., poprzez koncerty w klubach i większe bądź mniejsze sukcesy (dwie demówki, szczyty lokalnych list przebojów i wyróżnienia w przeglądach kapel studenckich), po rozejście się składu i zawieszenie działalności w 2004 r. oraz późniejsze, incydentalne już tylko występy w ramach wydarzeń tak różnych jak festiwal CHEEPA w belgijskiej Brukseli i jasełkowy koncert w Krakowie. Finał takich historii jest przewidywalny i ma zazwyczaj poniższy przebieg: płomień młodzieńczego buntu wypala się do cna, instrumenty wędrują na kołki, a muzycy zapuszczają brzuchy i podczas okazyjnych spotkań na grillu – przy piwie, kiełbasie podwawelskiej (w końcu to Kraków!) i krzyku gromady dzieciaków – wymieniają kurtuazyjne: „wiesz Wiesiek, musimy się kiedyś spotkać i pograć, jak za dawnych lat!”, do czego oczywiście nigdy nie dochodzi (i chwała Bogu, to mogłoby być straszne jak koncerty reaktywowanego Guns’n’Roses).

Szczęśliwie jednak – powyższa, ponura historia zupełnie nie tyczy się Warstadt. Nie mam pojęcia co robili po zawieszeniu działalności, lecz po przesłuchaniu ich pierwszego, wydanego po jedenastu latach longplaya, mimo początkowego sceptycyzmu zmuszony jestem przyznać, że ten zespół to zupełnie inna bajka. Na dodatek z morałem, o czym poniżej.

Macie czasem tak, że kładziecie krążek CD pod laser i zupełnie nie wiecie czego się spodziewać, nie? Zazdroszczę, bo mi się to nigdy nie zdarza. Zanim zapuściłem sobie recenzowany album przebiłem się przez Internet i zaliczyłem obie demówki, dokonując kompleksowego sprawdzenia z czym mogę mieć do czynienia. Krótko – nie spodobało mi się. Nie był to może poziom występu kapeli studenckiej, w czasie którego bez żalu wychodzi się opróżnić pęcherz, by nie ganiać do WC w czasie popisu gwiazdy wieczoru, ale czegoś brakowało. Był zgiełk, było szaleństwo w tekstach, ale w tym wszystkim nie było polotu. Po takim wstępie, przed zapuszczeniem longplaya w enigmatycznym i oszczędnym w barwy opakowaniu, nastawiłem się na ciężką przeprawę i podejście „na wymęczenie materiału” w stylu – posłucham 200 razy, to może coś mi się spodoba (po tylu razach można polubić nawet dźwięk wiertarki, albo młota udarowego, skądś się przecież biorą fani brutal death metalu).

Jakież było moje zdziwienie, gdy odpaliwszy pierwszy kawałek („Joyride”) przywitał mnie nie tylko ciekawy, wpadający w ucho motoryczny riff i wyjątkowa dobra robota sekcji rytmicznej, ale też śpiew i polskie teksty na poziomie sporo wyższym niż na wspomnianych demówkach! Fakt, że instrumentaliści odrobili lekcję nie powinno dziwić, bo jeśli ktoś po austriacku nie trzyma ukochanego sprzętu w piwnicy, to zawsze, choćby odruchowo trochę pobrzdąka nabierając większej wprawy, ale wokal zazwyczaj usprawnia się poprzez wymianę wokalisty. „Okay, nagrali jeden dobry kawałek, rzucili na początek i liczą na oklaski” – pomyślałem z rezerwą, ale gdy flażoletowy wstęp do „Rutger Hauera” przeszedł w przesterowaną zagrywkę, byłem już równie daleki od sceptycyzmu, co stary Lubaszenko od trzeźwości w piątkowy wieczór. To zupełnie nieoczekiwanie brzmiało naprawdę dobrze! Potem oczywiście przyszło lekkie rozczarowanie w postaci balladowej „Mariposy” (którą jako jedyną zwykłem wycinać z playlisty, jako zbyt monotonną i nużącą), ale akcje Łorsztadu ponownie poszybowały w górę przy „rozjeżdżonym” „Drive” i pulsującym rytmem basu „My Bloody Valentine”, które nieźle wprowadzały w królestwo rockowego zgiełku do jakiego niewątpliwie zaliczają się mocne „Deal” i króciutki „Franz Ferdinand”. I jeśli już w tym momencie miałem w głowie przynajmniej zarys późniejszej recenzji, to finalne podejście przewartościował mi, ostatni na płycie, tytułowy „Warstadt” – kompletnie niepodobny do żadnego innego utworu na krążku. Po nim była już niestety tylko cisza (album jak na longplay jest raczej krótki, to zaledwie trzydzieści minut muzyki), ale replay wpuścił mnie do Warsztadtu jeszcze raz.

Nie zrozumcie mnie źle – gdyby ktoś opisał mi tę muzykę, tak jak zwykło się ją opisywać – „polskojęzyczny, oryginalny rock”, to, po pierwsze: nie uwierzyłbym, że to może działać (a zapewniam, że teksty zachwycają, gdyż pełne są inteligentnego humoru i jednocześnie pozbawione rymowania na poziomie „na ulicy wrzeszczą psy – herbata wzniosła krzyk”), a po drugie: wątpiłbym w oryginalność („oryginalny polski zespół” brzmi współcześnie jak oksymoron, przecież u nas 9/10 kapel jest kopią kopii z kopii jakiegoś zachodniego bandu). Tymczasem tak jest w istocie – Warstadt to oryginalny, polskojęzyczny rock, którego obecnie ze świecą u nas szukać, nawet nie dlatego, że niemal wszyscy śpiewają po angielsku, a gdy już zaczynają śpiewać po polsku, to słuchacz żałuje, że zna ten język (gdy parę lat temu w Loch Ness zobaczyłem długowłosego, ponurego faceta śpiewającego, że jego „dziewczyna jest czarownicą”, to zacząłem żyć w przekonaniu, że polski rock skończył się na Chopinie), lecz z uwagi na fakt, że poszczególne kompozycje są tu przemyślane, doskonale zagrane, a całość całkiem nieźle wyprodukowana. Jak wiadomo, dobra produkcja kiepskiej kapeli nie uratuje, ale kiepska dobrą z pewnością położy, więc słucha się tego z przyjemnością i bez zgrzytów. Może zresztą momentami trochę „za łatwo” to wchodzi jak na muzykę rockową (sami zobaczycie, po trzykrotnym przesłuchaniu zaczniecie nucić), ale nawet przez moment nie czuć tu tej „jarmarczności” charakterystycznej dla „rocka” płodzonego nad Wisłą i jeśli miałbym na siłę wepchnąć Warstadt do jakiejś szuflady (choć najczęściej dałbym jej własną), to wepchnąłbym ją tam, gdzie wrzucono Republikę (czyli zdecydowanie do tej, w której określenie „polski rock” nie jest obrazą), która wszakże celowała w zupełnie inne rejony artystyczne, niż stosy lejdipanków, perfectów, dżemów czy innych sedanów Skawińskiego.

Podczas przygotowywania się do recenzji znalazłem gdzieś zdanie porównujące wokalistę do Muńka Staszczyka, szczególnie pod względem barwy głosu i przyznam, że są fragmenty, gdy pewne podobieństwo się przebija, ale trudno mi sobie wyobrazić lidera T-Love za mikrofonem Warstadtu, i jednocześnie niełatwo wyobrazić sobie Warstadt bez głosu Tomasza Jana. W jego śpiewie jest bowiem coś oryginalnego (przede wszystkim dość niecodzienna artykulacja unikająca zaciągania – bardziej melodeklamacja więc, niż tradycyjny śpiew), co wymusza na nim zapewne też dość skomplikowana struktura piosenek, jak i konstrukcja tekstów. Zresztą, jeśli już przy śpiewie jesteśmy, to w mojej opinii choć TJ udowadnia, że potrafi wrzasnąć, jak w dynamicznym Franz Ferdinand, o wiele lepiej wychodzą mu bardziej stonowane fragmenty.

Zmierzając do końca, muszę przyznać, że jest jednak coś, co chłopaki z Warstadtu odwiesili na kołki. Otóż ów młodzieńczy bunt, który jeszcze wyzierał z demówek faktycznie gdzieś się zapodział (dojrzał?), zastąpiony przez mniej lub bardziej uchwytną melancholię oraz nostalgię, i tylko opary surrealizmu – tak charakterystyczne dla całej twórczości tej kapeli – w których skąpane są poszczególne dźwięki i słowa, pozostały bez zmian. Bije to zwłaszcza z mojego ulubionego (życzyłbym sobie całego albumu utrzymanego w tym klimacie, nawet za cenę oczywiście mniejszego potencjału koncertowego), tytułowego Warstadtu, który stanowi swego rodzaju rozliczenie z młodością i który sprawił, że przestałem postrzegać Warstadt jako bardzo ciekawy, ale jednopłytowy wyczyn, a zacząłem czekać na kolejny album. Jeśli będzie on choć w połowie tak dobry jak pełnowymiarowy debiut, który miałem przyjemność przesłuchać, to z pewnością jest na co czekać.


Artykuł opublikowany w Krakowskiej Scenie Muzycznej w dniu 16 kwietnia 2015 r.
Strona zespołu: Warstadt
Więcej muzyki: http://warstadt.bandcamp.com/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *