„Wytępić to całe bydło” & „Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją” – Sven Lindqvist

Kraków jest dziś wyjątkowo jasny i słoneczny.
Pstrokaty, niemający końca potok ludzi przelewa się leniwie Grodzką w kierunku Rynku. W unoszącym się nad nim gwarze dominują radosne, pełne podekscytowania głosy oraz szczery śmiech dzieci.
Sączę drinka w Tyglu na Senackiej, gapię się na kolorowy tłum i zastanawiam się, czy jestem mordercą. A oni? Przecież urodziliśmy się na długo po tym, jak mogliśmy to powstrzymać, czy też – spróbować powstrzymać.

Zawodowo zajmuję się usprawiedliwianiem ludzi i wyciąganiem ich z kłopotów, więc powinienem łatwo sformułować słowa otuchy, lecz tym razem trudno jest znaleźć mi dobry powód, by uchronić przed odpowiedzialnością siebie i innych. Wśród skłębionych, odurzonych ginem myśli kołyszą się słowa:

„Jako młody człowiek płynąłem statkiem na Islandię. Po drodze zawinęliśmy do fiordu w Trondheim po ładunek śledzi. Był rok 1951, piękny letni wieczór, czas sianokosów. W powietrzu unosił się upajający zapach świeżego siana. Kapitan został na statku, a sternik i islandzka załoga popłynęli łodzią na ląd. Zabrali mnie ze sobą. Islandczyków znano tu już z poprzednich wizyt i witano jak miłych gości, częstując kawą w kolejnych domach. Było gwarno i wesoło – aż ktoś zwrócił uwagę na mnie, siedzącego przy drzwiach z kawałkiem cukru w ustach i popijającego kawę ze spodeczka, jak to wówczas było w zwyczaju.
– A to kto?
– Pasażer – odparł Islandczyk. – Szwed.
„Szwed”. w pomieszczeniu zapadła całkowita cisza. Ustały rozmowy, zgasły uśmiechy. Wszyscy patrzyli na mnie. Cisza wydawała się trwać w nieskończoność. Wreszcie odezwała się starsza kobieta.
– Aha, Szwed. No, a ten tranzyt w 1942?
Co miałem powiedzieć? Tranzyt niemieckich wojsk z Niemiec do Norwegii przez terytorium Szwecji i z powrotem odbywał się w rzeczywistości przez wiele lat. Ale ona powiedziała tylko tyle: „No, a ten tranzyt w 1942?”. I wszyscy czekali na odpowiedź. Próbowałem obrócić to w żart:
– W 1942 roku miałem dziesięć lat. Nikt mnie nie pytał o zdanie.
– Wystarczająco dużo, żeby podzielić się łupem – zauważyła gospodyni.
Cisza stawała się nieznośna. Podziękowałem za kawę i wymknąłem się, płonąc ze wstydu. Spotkała mnie straszliwa niesprawiedliwość. Dlaczego oskarżono akurat mnie o coś, w czym brali udział także wszyscy inni Szwedzi? Albo nie brali. Jakby to była moja wina. Jakbym to ja ponosił za to odpowiedzialność.

Zszedłem stromym zboczem doliny. Był jasny wieczór pełen oszałamiających woni. Łódź, którą przypłynęliśmy, oddaliła się od brzegu wraz z odpływem. Czekając na załogę statku, układałem w myślach wielką mowę na swoją obronę. „Nie można winić dzieci za błędy rodziców. Każde nowe pokolenie rodzi się bez winy”.

Chociaż to nie do końca prawda. Dług zaciągnięty przez państwo przechodzi z pokolenia na pokolenie. Podobnie majątek narodowy, wielokrotnie przewyższający zadłużenie. Żeby być bogatym, wystarczyło urodzić się Szwedem. To, że żyłem lepiej niż mieszkaniec Konga lub Indonezji, nie było moją zasługą. Przyszedłem na świat jako spadkobierca nietkniętego wojną kraju i dobrze funkcjonującej gospodarki – mówiąc krótko, dobrze mi się powodziło, bo byłem Szwedem.

Czy mogłem więc, przyjmując dobre strony bycia Szwedem, odrzucić te złe? Dzięki dostawom rudy żelaza, zgodzie na tranzyt wojsk i inne rażące odstępstwa od polityki neutralności Szwecja zachowała dobre stosunki z Niemcami i uniknęła wojny. To, że nigdy nie przeżyłem bombardowania, ostrzałów, a nawet nie musiałem chodzić spać głodny, zawdzięczałem tchórzliwej polityce ustępstw mojego kraju. Gospodyni miała rację. Brałem udział w podziale łupu. A zatem powinienem ponieść odpowiedzialność.” („Terra nullius”, s. 14-15)

„Wytępić to całe bydło”

W 2003 r., popularny i mimo wszystko znakomity (co nieczęsto idzie w parze) historyk brytyjski – Niall Ferguson – zaczął sprzedawać imperializm, jako produkt zachodniej cywilizacji, który – choć kontrowersyjny i nie pozbawiony przewinień – przyniósł w gruncie rzeczy pożytek (jak zniesienie niewolnictwa, stabilizacja polityczna czy rozszerzenie pojęcia indywidualnych praw i wolności) całemu światu. Co poniektórzy, mogli nawet odczuć niczym nieuzasadnioną dumę z posiadania „odpowiedniego” pigmentu skóry. Krytyków, zwracających uwagę na oczywiste przekłamania, bądź błędne wnioski było raczej niewielu. Nie ze względu na brak argumentów, tylko z uwagi na fakt, że od dziesiątek lat, całe generacje tych – którzy mogliby wypowiedzieć się contra – są po prostu martwe.

„Terra nullius”

Umarli, żeby się wypowiedzieć – potrzebują swoich mówców. Czasami trafiają na lepszych, a czasami na gorszych. W tym przypadku mieli chyba szczęście. Lindqvist (ur. 28 kwietnia 1932) – dziennikarz i doktor historii literatury Uniwersytetu Sztokholmskiego (rząd Szwecji nadał mu honorową profesurę) sprawnie i nie bez polotu – kreśli historię europejskiego kolonializmu, zderzenia cywilizacji i największego ludobójstwa w dziejach świata. Podróżując przez Afrykę („Wytępić całe to bydło”) i Australię („Terra nullus. Podróż przez ziemię niczyją”) zestawia historię z jej skutkami – w sposób – który nie każdemu wprawdzie przypadnie do gustu (za dużo tu czasem lirycznych wycieczek, które nie zawierają uniwersalnego, łatwego do odczytania kodu), jednakże cechując się niewątpliwą oryginalnością – momentami bezwarunkowo urzeka, szczególnie ze względu na erudycję autora. Mocną stroną książek są zresztą również opisy, które sprawiają, że czytelnik odruchowo chroni oczy przed pyłem, czy ociera czoło skropione fantomowym potem.

W toku literackiej podróży przez spalone słońcem przestrzenie Afryki, Szwed przybliża zręby powszechnego niemalże w Europie przekonania, opartego na „rzetelnych badaniach naukowych”, głoszącego, że rdzenni mieszkańcy Czarnego Kontynentu „nigdy nie zasługiwali na przymiot istot ludzkich”, bądź – w odniesieniu do tez Darwina i Spencera – twierdzącego, że słabi i mniej cywilizowani muszą po prostu zginąć w międzycywilizacyjnej rywalizacji, jako „słabszy gatunek”. Wraz z nim stajemy nad grobem Hererów i Namaqua, wsłuchujemy się w huk karabinów masakrujących Sudańczyków pod Ondurmanem, stąpamy po grobach okaleczonych, zgwałconych, zmasakrowanych w trakcie „kolonizacji” ludzi.

Następnie, Lindqvist, przenosi nas do Australii, opisując systematyczną i zaplanowaną z przerażającym rozmachem eksterminację cywilizacji Aborygenów. I ponownie, podróżując wybrzeżami najmniejszego z kontynentów, słuchamy świadectw z czasów końca, poznając opartą na pseudonaukowych przekonaniach filozofię kolonialnego holokaustu (kolejne rządy Australii, aż do połowy lat 60-tych XX-wieku stosowały wobec Aborygenów politykę „przymusowej asymilacji”, dopiero wówczas też wykreślono ich z oficjalnej Księgi Flory i Fauny – uznając ich za ludzi – stworzenia posiadające wolną wolę, zdolność logicznego myślenia oraz tzw. wyższą świadomość); pochylamy się nad mogiłami pomordowanych, odwiedzając więzienia i obozy, w których przetrzymywano przeszło 100 tysięcy dzieci z tzw. „skradzionego pokolenia” – wydartych czarnoskórym rodzicom, w celu „wychowania ich na białych”.

Pochłonięta treść zostaje w głowie na długo, a obrazy, które produkuje wyobraźnia nie dają się łatwo strząsnąć ruchem powiek. Zamykasz książkę i łudzisz się – „ja bym tego nie zrobił” – ale w gruncie rzeczy, każdy, kto stara się choć trochę bardziej świadomie stąpać po tym jakże ciekawym świecie, zdaje sobie sprawę, że źródłem zła nie jest garstka komiksowych super-złoczyńców, lecz tłum przeciętnych ludzi. Takich samych jak ci, którzy właśnie przemykają Grodzką, do których z pewnością zaliczają się też Ty i ja. To smutna refleksja – wiem – ale póki pamiętamy na czym został oparty nasz świat i kto zapłacił za nasz dobrobyt, pozostaje chociaż cień nadziei na odkupienie win.

Odkładam szklankę. Tonik ma gorzki smak, zupełnie jak powyższa konstatacja.


Mówiąc wprost – od dłuższego czasu, żadna książka nie dała mi do myślenia tak, jak te dość krótkie, lecz bogate w treści, opracowania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *