Zagraj to jeszcze raz, Sam

Zmrok spłynął z nieba niczym smoła, grzebiąc miasto pod warstwą grząskiej, kleistej nocy. Powieki zrobiły się jakby cięższe. Przez moment, miast gliną w czarnym płaszczu, byłem Bogiem Gromu. Huknęło siedem razy – tyle, ile powinno. Kałuże się rozbryznęły.

Nie czułem, że upadam. Niespodziewane uderzenie o ziemię wytrąciło mi broń z ręki. Ciemność zamknęła się nade mną, by w chwilę później rozwinąć się w grafit pełen bladych gwiazd. Odległe światy mrugały nieśmiało przez ścianę drobnego deszczu.

Zrobiło się cicho.
Dobrze się leżało. Byłbym tak pozostał, póki ktoś – może sama śmierć – nie zaprosiłaby mnie do mieszkania, by okryć kocem i podać filiżankę ciepłego kakao, ale zrazu rozwyły się syreny policyjnych radiowozów, chmarą pędzących alejami w kierunku Mostu Dębnickiego.
Uniosłem się na łokciu, gdy nagle coś ostro zakłuło pod żebrami. Zacisnąłem zęby i sięgnąłem pod płaszcz. Nie musiałem spoglądać na rękę. Deszcz nie mógł być tak ciepły. Musiało jednak huknąć osiem razy. Przeoczyłem to.
– Malroł! Mój Boże, Malroł! – ujrzałem nad sobą przerażone oblicze Marianne Hardy. Ciemne nitki włosów kleiły się do jej ładnej, okrągłej twarzy.
Zamrugałem oczyma.
– Nic ci nie jest? – zapytałem.
– Zwariowałeś? Postrzelili cię!
– To tylko draśnięcie. Zabierajmy się stąd.

 Nie wstałbym bez jej pomocy. Niewiarygodne, ile w tym drobnym ciałku było siły.

Bergman leżał w towarzystwie ochroniarzy, tuż obok samochodu, z twarzą wciśniętą w błoto. Otaczająca go woda nieśpiesznie barwiła się na czerwono. Jeden z mężczyzn chyba jeszcze żył. Krwawa ślina, pieniąca się na skraju jego ust, drgała pod słabnącym oddechem.
– Nie mam więcej naboi – zauważyłem trzeźwo.
– Malroł, przestań! Musisz uciekać, policja zaraz tu będzie!
– Poczekaj.

Podniosłem pistolet i powlokłem się w stronę barierki. Wycie syren narastało, jakby zbudziło się całe śródmieście. Gdzieś tam, po drugiej stronie Wisły, ludzie dźwigali się z kanap, wstawali od telewizorów, może nawet przerywali wieczorną miłość, by wyjrzeć przez okno na ciemne, zalane deszczem ulice. Zamek Królewski na Wawelu – relikt czasów, gdy ludzie zabijali się stalą, a nie ołowiem – jarzył się jasną iluminacją. Osiem wieków historii patrzyło jak wrzucam broń do rzeki.

Zachwiałem się i opadłem na barierkę. Kręciło mi się w głowie. Wiedziałem co to oznacza.
– No już! Uciekaj! Złapią cię! – cienki głosik Marianne przebił się przez wycie syren.
– Łuski…
– Jakie kurwa łuski!? Policja tu jedzie, złapią cię! – przekleństwo dziwnie zabrzmiało w jej ustach.

 Obróciłem się do niej i ująłem ją za ramiona.
– Posłuchaj mnie uważnie, bo nie będę miał siły powtórzyć. Musisz mi pomóc. Pamiętasz gdzie upadłem? Powinno tam leżeć siedem łusek. Pozbieraj je szybko i wyrzuć do rzeki. Ja… spróbuję… – znowu zakręciło mi się w głowie – …spróbuję dotrzeć do Kościoła św. Stanisława Kostki.
– Nie przejdziesz nawet na drugą stronę ulicy! – zawołała histerycznie dziewczyna.
– Uspokój się na Boga! – zebrałem w sobie dość siły by krzyknąć. Spojrzała na mnie wreszcie, jakby z większym opanowaniem – Pomóż mi. Proszę. Wychodziłem z gorszych opresji – skłamałem.

 Spojrzała na mnie nieufnie.
– A spróbuj umrzeć Malroł, to znajdę cię i zabiję – westchnęła w końcu.
– Grzeczna dziewczynka – przesunąłem ręką po jej włosach i pokuśtykałem w stronę dębnickiego kościoła. Szczęśliwie udało mi się zniknąć pomiędzy ciemnymi ulicami zanim na most wpadły pierwsze jednostki nothingtown’owskiej policji, rozstrzeliwując noc błękitnymi snopami kogutów.

Prawdziwe umieranie różni się od tego, które można zobaczyć na filmach. Na srebrnym ekranie ludzie dostają kulkę i po prostu zasypiają. Tymczasem nic bardziej mylnego. Rana rwie ostrym, paraliżującym bólem, nawet gdy się nie ruszasz, a co dopiero wtedy, gdy próbujesz iść. I możesz się w duchu uspokoić, zaakceptować fakt, że „to koniec” (choć któż jest tak silny?), ale twój organizm do samego końca będzie próbował cię uratować. Jakby chciał powiedzieć: „Może ty Malroł, nie masz nic do stracenia i chcesz sobie odejść, ale ja tu kurwa chcę żyć!”

Oparłem się o mur mijanej kamienicy, próbując zaczerpnąć oddechu. Zawroty głowy nasilały się. Trzeba było ruszać dalej.

Nie miałem pojęcia czy Marianne zdąży z odnalezieniem łusek. Zaczynało mi to obojętnieć. Mogli mnie złapać. Stanąłbym przed sądem i przyznał się do winy: „Tak, Wysoki Sądzie, zastrzeliłem Bergmana i jego obstawę.” „Wiem, że było ich czterech i byli uzbrojeni po zęby, ale zacząłem strzelać pierwszy.” „Ja naprawdę dobrze strzelam, Wysoki Sądzie. Tata mnie nauczył. A potem poszedł na wojnę i spotkał takich, którzy strzelali jeszcze lepiej.”

Chciałem zwymiotować, ale nie miałem czym. Wreszcie dowlokłem się do kanciastej budowli dębnickiego kościoła. Syreny akurat przestały wyć. Wspiąwszy się po schodach, zacząłem bić pięściami w drewniane wrota, ale przez dobrą chwilę nie było żadnej reakcji.

I gdy wydawało się, że to koniec, gdy już osunąłem się na ziemię, zza ciężkich drzwi wyłonił się ojciec McPindyre. Poczciwy klecha przekroczył dopiero czterdziesty rok życia, ale na jego twarz z dumą wkroczyły już szerokie zmarszczki, a włosy – przylegające do głowy, jakby ściśnięte niewidzialną siatką – od dawna miał bielutkie jak sny niemowlęcia. I tylko z oczu, skrytych za drucianymi oprawkami okularów i zielonych jak rodzinna Irlandia, można było wywnioskować, że McPindyre nie jest jeszcze tak stary.
– Jezu Chryste, Malroł, co ci się stało?! – zawołał, ujrzawszy w jakim jestem stanie.
– Zabiłem ich padre. Zabiłem ich wszystkich.

Przeżegnał się.
– Rany Boskie, kogo?!
– Bergmana i… jakichś facetów. Ma ksiądz może whisky? – osunąłem się stopień niżej. Wyjątkowo dobrze się leżało. Bok rwał, jak szóstka leczona kanałowo przez jednorękiego, upośledzonego manualnie mechanika spod Rzeszowa, ale dobrze się leżało.

McPindyre wyciągnął spod sutanny niewielką piersiówkę. Pokiwałem głową z uznaniem. Irlandczycy.
– Trzeba wezwać pomoc, ty się wykrwawiasz!
– Nie, to proszenie się o kłopoty… – zaprotestowałem, ciągnąc z piersiówki jak niemowlak z piersi matki.
– Ty się wykrwawiasz! – powtórzył, jakbym nie usłyszał za pierwszym razem. – Dzwonię po karetkę! – ruszył w głąb kościoła.
– Proszę poczekać… – mruknąłem niewyraźnie, chwytając go za skraj sutanny. Albo alkohol uderzył mi do głowy, albo faktycznie się wykrwawiałem. – Muszę znaleźć Kristi… – wybełkotałem.
– Jaką Kristi?
– Chcę… jej… coś powiedzieć.

Chciałem.
– Siedź tu, sprowadzę pomoc – wielebny zignorował moją uwagę, najwyraźniej uznawszy, że odpływam. Biegiem wpadł do wnętrza kościoła.

Odpływałem.

Świat wirował. Było mi gorąco, dusiłem się. Naraz posmutniałem od tego całego zamieszania wokół. Nie powinno się mnie zostawiać samego gdy smutnieję – mam wówczas niewiarygodną zdolność do pakowania się w kłopoty. Właściwie to jestem dla siebie zbyt pobłażliwy (choć usprawiedliwione, zważywszy na fakt, że umieram), bo ja w ogóle mam niewiarygodną zdolność pakowania się w kłopoty. Abstrahując od wszystkiego.

Opróżniłem piersiówkę do dna i dźwignąwszy się do góry, ruszyłem w świat w poszukiwaniu prokurator Hart.


Szumiało.

Deszcz tłukł w rondo kapelusza, spływał po płaszczu, chlupał w przemoczonych butach. Wlokłem się środkiem pustej ulicy, walcząc z nieznośnie ciężkimi powiekami, podczas gdy lampy garbiące się po obu stronach jezdni toczyły równie heroiczną walkę z ciemnością.

Świat płynął. Płynęły samochody i kamienice. Płynęły drzewa. Płynęła neony i znaki drogowe. Brud Nothintown ściekał strumieniami wprost do studzienek kanalizacyjnych.

Nie byłem pewien, czy nie umarłem tam pod drzwiami kościoła, więc na wszelki wypadek brnąłem przed siebie. Głupia sprawa. Gdy miałem dwadzieścia parę lat byłem pewien, że nie umrę nigdy. Potem, zaraz po rozwodzie, w trakcie którego zgodziłem się na wszystko, byłem przekonany, że umarłem. Teraz byłem chyba gdzieś pomiędzy. Albo dwie ulice dalej.

Szumiało.

Bardzo chciałem by wieczór pachniał papierosem, ale wszystko co miałem w kieszeniach, do szczętu przemokło. Porządne lokale wyglądały na dawno pozamykane, a w melinach, mój cuchnący gliniarzem ryj, ściągnąłby nieprzyjemne spojrzenia. Posuwałem się dalej, krok po kroku. Bok przestał rwać i chyba nawet już nie krwawił. Nawet zawroty głowy nieco się zmniejszyły, jakby whisky McPindyre’a miała cudowne właściwości. Blady księżyc, zanurzony po kostki w smolistym niebie, przyglądał mi się z wyrzutem, jak gdyby chciał powiedzieć: zdychaj Malroł, nie będę czekał całą noc.

Zatrzymałem się.

Dobrze nastrojone pianino i saksofon przebijały się przez jednostajny szum. Tak grał w tym mieście tylko jeden duet – czarnoskórzy bracia – Samuel i Maksymilian Kirkson. Sam i Max. Rozejrzałem się wkoło. Wysokie dachy kamienic i ciasnota nie pozostawiały wątpliwości – wyszedłem na Bracką.

Zgubiłem się w bramie prowadzącej do „Cieplarni”, by po chwili wślizgnąć się do lokalu. Na moment przestało szumieć. Młoda kelnerka, pracująca na nocną zmianę, szybko doszła do wniosku, że nie powinna mnie wpuścić, ale najwyraźniej bała się wypowiedzieć choć słowo. Poprawiłem płaszcz, żeby nie straszyć jeszcze bardziej – pokrwawioną koszulą. Śledzony wzrokiem utalentowanych braci, pokuśtykałem wzdłuż ściany, w kierunku pianina. Zająłem miejsce tuż obok, opadając ciężko na krzesło.

Ciężar wieczoru znowu dał o sobie znać. Wróciły zawroty głowy, rana rozbolała na nowo, a jej okolica zaczęła promieniować rozlewającym się ciepłem. Kostucha wracała do gry.

Omiotłem lokal wzrokiem. Pomieszczenie było prawie puste.

Hart siedziała dwa stoliki dalej i wyglądała olśniewająco. Ciemno-fioletowa suknia w perfekcyjny sposób podkreślała jej figurę, odsłaniając i jednocześnie zakrywając tyle, by powieść na pokuszenie nawet najbardziej zatwardziałego mizogina. Zazwyczaj rozpuszczone, kruczo-czarne włosy, tym razem upięła w kok, odsłaniając idealną linię szyi i ramion. Mogłem się nią zachwycić, obserwując ją z tej perspektywy, ale uczciwiej było przyznać że to ten dupek Parker dostał to, co najpiękniejsze – granatowe spojrzenia świeżo upieczonej prokurator. Zresztą nie wyglądał źle – jak na gwiazdę palestry przystało. Blond włosy – modnie zaczesane na bok, jak i pociągła twarz, mogły podobać się kobietom. Efekt psuły tylko źle dopasowane oprawki okularów, tym bardziej, że z tego co się orientowałem – Parker nosił je wyłącznie dla dodania sobie powagi.

Samuel zerknął na mnie pytająco znad pianina i przerwał grę.
– Grajcie dalej – szepnąłem spod kapelusza. Smutne krople, rozdzielone od ulicznych towarzyszy, kontynuowały wędrówkę ku ziemi, rzucając się z krawędzi ronda wprost na drewnianą podłogę.
– Wybierz coś – muzyk odsłonił w uśmiechu rząd białych zębów. Po tylu latach grywania w rozmaitych miejscach, nie dziwił się niczemu. Nawet pojawiającemu się znikąd gliniarzowi wyglądającemu na bardzo zmęczonego.
– Już wybrałem.
– Rozumiem – spojrzał najpierw na Hart, a potem na klawisze – To „jej” piosenka. Jesteś pewien, że tego chcesz?
– Gdybym wiedział czego chcę, umarłbym tam na moście.

 Skrzywił się nie zrozumiawszy, ale uśmiech szybko wrócił na jego usta. Dopiero jutro, po lekturze pierwszych gazet mógł zrozumieć o co mi chodziło, ale Sam był pianistą, a nie typem myśliciela.
– Graj – poprosiłem cicho – Zagraj to jeszcze raz, Sam.

Skinął głową, kładąc ręce na klawiaturze. Przymknął oczy, a jego dłonie, subtelnie przesuwające się ponad klawiszami, wyczarowały posępne dźwięki nieśmiertelnego hitu Holiday i Herzoga – „Don’t Explain”. Muzyka rozlała się po pomieszczeniu jak woda. Początkowo wydawało się, że wykona ten numer samotnie, lecz Max, opierający się o ścianę obok, dołączył we właściwym momencie, tkając saksofonem brzmienie zastępujące śpiew.

Rozmowa przy stoliku nie zgasła od razu. Parker z niezmienną zawziętością opowiadał o czymś Hart i tylko z jej dłoni dzierżących sztućce, zastygłych nagle nad talerzem, wyczytałem, że uporządkowane dźwięki nie trafiły w próżnię. Zresztą rzadko kiedy trafiały.

Od tysięcy lat ludzie używali muzyki by przekazać to, co nieprzekazywalne. Pieśń towarzyszyła im przy ognisku, w domu, w teatrze i na wojnie. Platon tak doceniał jej znaczenie, że uważał iż powinna podlegać ścisłej kontroli państwa, by nie powodować niepotrzebnych wybuchów namiętności, uderzających w stabilność małych społeczności. Być może filozof nie mylił się tak bardzo. „Dont’ Explain”, napisana przez Billie Holiday po znalezieniu śladów szminki na kołnierzu koszuli męża, rozbrzmiewała w mieszkaniach zdradzonych żon i porzuconych kochanek od ponad sześćdziesięciu lat. Być może doprowadzała do łez, przypominając o zaznanym poniżeniu, lecz równocześnie koiła refleksją, że nie jest się samemu – że przydarzało się to, przydarza i będzie przydarzać – całej masie innych kobiet.

Nie wiedziałem co Hart lubi w tej piosence. Raczej nie miała podstaw do utożsamiania się z podmiotem lirycznym. Być może chodziło o samą muzykę. Być może.

Widziałem jak powoli odkłada sztućce i chowa dłonie pod blatem stołu. Parker jeszcze mówił, ale ona już go nie słuchała. Muzyka płynęła. Oczy mi się zamykały. Znowu zaczęło szumieć.

W końcu zauważył. Uniósł się, by zza cienkich szkieł okularów rzucić mi krzywe spojrzenie. Tymczasem ona wciąż siedziała plecami do mnie, z rękoma złożonymi na kolanach.
– Co on tu robi do cholery? – zapytał głośno całe pomieszczenie, choć nie było w nim nikogo poza naszą piątką.
Podniosła się.
– Daj spokój, Alan – uspokoiła go, kładąc mu rękę na ramieniu. – Ja to załatwię.

Nie zaprotestował. Popatrzyła na mnie wreszcie.

Zgrabnie prześlizgnęła się pomiędzy stolikami, jakby sunąc nad podłogą. Parker przyglądał się zajściu badawczo.
– Dobry wieczór – oparła się o pianino, przywołując na usta jeden z tych swoich słabych uśmiechów, których znaczenia nie potrafiłem rozgryźć – Panowie, zostawicie nas na moment? – poprosiła muzyków grzecznie. Piosenka się urwała. Sam przytaknął, po czym skinął głową na brata i wraz z nim oddalił się w kierunku baru.

Szumiało.
– Co tu robisz? – spytała cicho, bez cienia złości i zniechęcenia – Jest już późno.
– Chciałem posłuchać smutnych piosenek.

Zmarszczyła czoło, jakby nie dowierzała.
– Mal, ty nigdy nie przychodzisz tylko po to, by posłuchać smutnych piosenek – pozwoliła sobie na rzadko używane zdrobnienie. – O co chodzi? Ciąży ci sprawa Bergmana, co? Wiem, że nie lubisz przegrywać, ale nie mogliśmy zrobić nic innego. Dostaniemy go kiedy indziej – zapewniła.

Mój uśmiech był teraz naprawdę paskudny. Jej za to jeszcze słabszy.
– Nie chodzi o Bergmana. To już przeszłość.
– W takim razie o co?
– Jakiś problem? – wtrącił się Parker, wciąż stojąc nad stołem.

Całe morze problemów.
– Daj nam chwilę, Alan – poprosiła go kobieta. Mistrzowsko operowała typami uśmiechu. Ten zarezerwowany dla mnie był bardziej tajemniczy. Musiałem się weń dobrze wczytać.

Czułem się coraz gorzej, tego nie dało się nie zauważyć.
– Jesteś pijany – bardziej stwierdziła, niż spytała.
– Nie wiem. Może – unikałem jej spojrzenia – Nie jestem dziś sobą, Kristi. Dlatego powiem ci wprost, że Parker to dupek.

 Schowała dłoń za siebie. Jeśli myślała, że nie zauważę złotego pierścionka z czternastokaratowym brylantem, to już wiedziała, że się pomyliła.

 Schyliła się nad moją głową, jakby chciała mi coś szepnąć na ucho.
– Nie jestem już małą dziewczynką, Mal. Nigdy nie byłam małą dziewczynką, choć ty i Filbi ciągle mnie tak traktujecie – w jej słowach było sporo pretensji. I prawdy – Sama decyduję, co jest dla mnie dobre. Poza tym… – zawiesiła głos.

 Nie widziałem jej twarzy. Parker przypatrywał nam się z coraz większym zniecierpliwieniem.
– Poza tym? – spytałem.
– Poza tym, czemu cię to tak nagle interesuje? – dokończyła.
– Kristi…

Czasem człowiek tak długo zastanawia się nad wejściem do autobusu, że nie zauważa, jak ten odjeżdża.
– Albo już nic – podniosłem się z wyraźnym trudem. – Wracaj do niego – spróbowałem skopiować jeden z tych jej słabych uśmiechów. – Zobaczymy się jutro.

Jej szafirowe oczy zwęziły się w geście zdziwienia.
– Jutro jest niedziela – zauważyła. – Na pewno wszystko w porządku?
– Jak najlepszym…

Zakręciło mi się w głowie i prawie upadłem, w ostatniej chwili przytrzymując się ściany. Zostawiłem na niej krwawy ślad.
– Mal! – krzyknęła i doskoczyła do mnie. Delikatnie rozchyliła poły mojego płaszcza. Widziała, że trzymam pod nim dłoń. Cofnęła się przerażona.
– Mój Boże, co ci się stało?!
– Cóż – zacisnąłem zęby, odzyskując równowagę – Znalazłem się po niewłaściwej stronie lufy jednego z naprawdę złych facetów.
– Bergman… – zrozumiała błyskawicznie.
– Dzwonię po policję! – obwieścił Parker wyjmując telefon komórkowy.
– Dzwoń po karetkę! – sprostowała Hart tonem, jakim zazwyczaj posługiwała się na sali sądowej.

Wykorzystałem ich wahanie by ruszyć do wyjścia. Od razu straciłem równowagę, co sprawiło, że tylko nabrałem prędkości. Potykając się i przytrzymując ścian, wypadłem na zmęczoną deszczem ulicę, wprost w największą kałużę. Kapelusz zsunął mi się z głowy. Na kolanach dobrnąłem do przeciwległego krawężnika. Przeceniłem swoje możliwości. Nie byłem w stanie iść dalej. Oparłem się plecami o chłodny mur.

Pięknie, Malroł. Mogłeś umierać pod dachem, to zachciało ci się świeżego powietrza. Teraz zdechniesz w szczynach Pana Boga, zmieszanych z twoją własną krwią. „Wymarzony” koniec dla policjanta. Nawet broni nie masz, bo wyrzuciłeś ją do rzeki, jakby to miało coś zmienić.

Z bramy wypadła Krystyna Hart ścigana krzykiem Parkera:
– Wracaj tu idiotko, bo oskarżą cię o współudział!

 Potknęła się i tak jak wcześniej ja, wylądowała na kolanach w kałuży. Potoki wody spływającej ze wzniesienia w kierunku Franciszkańskiej, błyskawicznie zalały jej suknię i buty. Nie podnosząc się, wyciągnęła przed siebie dłoń z telefonem i wystukała numer.
– Mówi prokurator Krystyna Hart! Proszę o pogotowie na Bracką! To pilne! Proszę?! Nie obchodzi mnie to, przyślijcie tu kogoś do cholery! Natychmiast! – spojrzała na telefon ze zdziwieniem, po czym cisnęła nim o ziemię. – Głupi buc – syknęła.

Zauważyła mnie po drugiej stronie. Podniosła się chwiejnie, zrzucając ze stóp przemoczone buty. Momentalnie była przy mnie. Najpierw sprawdziła czy żyję, unosząc dłońmi moją głowę, jakby zamierzała odczytać to z oczu, potem poprawiła mi płaszcz, szczelnie zakrywając ranę. Deszcz zniszczył jej fryzurę, włosy w nieładzie zsunęły się jej na twarz. Sprawnym ruchem odrzuciła je do tyłu.
– Malroł, jesteś wyjątkowym idiotą. I nie mam na myśli tylko porwania się na Bergmana – oznajmiła, siadając obok.
– Mogłabyś mnie jakoś pocieszyć w tej trudnej dla mnie chwili – uśmiechnąłem się przez zęby, zaciskając je z bólu. – Powiedzieć, że zaraz będzie tu karetka i wszystko będzie dobrze.
– Jakoś przed chwilą ci na tym nie zależało – westchnęła ciężko – Ale karetka zapewne zaraz tu będzie.

 Jej głowa opadła mi na ramię. Objąłem ją z trudem.

 Tonęliśmy wspólnie w strugach wody, jak okręt który napotkał o jeden sztorm za dużo.
– Miałeś rację, Parker to dupek.
– Mam niesamowite wyczucie co do ludzi.
– To nie to. Po prostu swój zawsze pozna swego. Obaj jesteście dupkami, jakich każda normalna kobieta powinna się wystrzegać. Różnicie się tylko kalibrem.
– Mam nadzieję, że na moją korzyść.

Nie widziałem jej twarzy, ale czułem że się uśmiecha.

Milczeliśmy przez chwilę.

Szumiało.
– Co teraz będzie? – spytała.

Bawiłem się kosmykiem jej zupełnie już mokrych włosów.
– Nic – nieznacznie wzruszyłem ramionami – Ty będziesz udawała. Ja będę udawał, że nie widzę że ty udajesz.
– Nie schlebiaj sobie. To tylko fascynacja młodej dziewczyny facetem, który nigdy nie wie kiedy przestać.
– W takim razie pójdziemy do łóżka.

Roześmiała się, ale równie szybko spoważniała.
– Boje się, że dziś wszystko się skończy… – zabrzmiała smutno, jak pianino Samuela przed kilkunastoma minutami – Że nic już nie wróci do tej nieznośnej normy, która była naszą codziennością przez ostatnie lata.
– A więc pomiędzy nami jest ciemność.
– Nie, Mal – zaprzeczyła. – Jesteśmy po jednej stronie. I nie wiem, co jest pomiędzy nami, a ciemnością.

Karetka faktycznie już jechała. Syrena przebiła się przez ścianę deszczu i wzmagała się z każdą sekundą, wyjąc od strony Zwierzynieckiej. Słabłem. Oddychanie sprawiało mi coraz więcej trudności.
– Chciałeś mi coś powiedzieć, tam w „Cieplarni” – usłyszałem jej głos, ale już jakby z bardzo daleka.
– Mhm – mruknąłem zamknąwszy oczy.
– Mógłbyś mi powiedzieć to teraz?
– Mmmm.

Szumiało.
– Mal? – odezwała się po chwili, która zdawała się trwać kilkanaście minut.

Przestałem słyszeć karetkę.
– To mógłbyś mi powiedzieć? – nie rezygnowała.

Szumiało coraz ciszej.
– Chciałem ci powiedzieć, że…

I w tym momencie umarłem.

Tak mi się przynajmniej zdawało.


Przeklęte niech będzie moje „szczęście”. Pierwsze co zobaczyłem po przebudzeniu – a miałem świadomość, że był to bardzo długi sen – to Filbi, z dymiącym cygarem w ustach. Już wcześniej słyszałem jego głos, ale zdawał się być tylko wytworem wyobraźni: „Tu nie wolno palić proszę Pana.”, „Może, ale ja jestem radnym miejskim. To ja układam te przepisy.”, „Ale to szkodzi choremu!”, „Jemu? Niech Pani na niego spojrzy. Jemu już nic nie może zaszkodzić. Skurwiel jest kuloodporny”

Otwierając oczy doznałem uczucia, jakie musi towarzyszyć świeżo-upieczonym górnikom opuszczającym kopalnię po długim pobycie pod ziemią. Krzywiąc się, zacisnąłem na powrót powieki i spróbowałem jeszcze raz, powoli je uchylić, by nie wpuszczać światła tak szybko.

– Patrz jak się krzywi – znowu rozbrzmiał Filbi – Tak długo siedział w mroku, że światło dnia mu nie służy. Może on się powinien nazywać Morlok, a nie Malroł? – zażartował, ale nikt się nie roześmiał.

W końcu go zobaczyłem. Jego i Gordona stojącego obok. Przypatrywali mi się ciekawie, jak gdybym był eksponatem muzealnym, a nie żywą istotą. Leżałem w małym, jednoosobowym pokoju, o gładkich, jasnoniebieskich ścianach. Najbliższa okolica sprawiała wrażenie sterylnie czystej, jakby wszystko potraktowano wybielaczem. Jarzeniówka, zawieszona nad mą głową, raziła w oczy, gdy się na nią dłużej patrzyło.
– Witamy w świecie żywych – mruknął Gordon oficjalnym tonem.

Do pomieszczenia wmaszerowała kobieta w białym kitlu, w wieku który sugerował, że była co najwyżej stażystką, choć trzeba przyznać, że jej zachowanie przeczyło tej ocenie.
– Cygaro – zwróciła uwagę Filbiemu stanowczym głosem.
– Jestem radnym…
– Nie obchodzi mnie to – przerwała mu. W tym miejscu to ja jestem radnym. Tu się nie pali.

Zaklął i wyszedł na korytarz.
– Koniec spania Panie Malroł – zwróciła się do mnie. Z naszywki na kitlu odczytałem jej nazwisko. Weronika Flynn. Litery zlewały się ze sobą. – Miejscy „łowcy skór” będą bardzo rozczarowani Pana przebudzeniem. Popsuł Pan święta niejednej rodzinie utrzymującej się z pogrzebów – uśmiechnęła się.

Nic nie rozumiałem.
– Jakie święta? – zmarszczyłem brwi.

Odsłoniła zasłony. Jej ciemnobrązowe włosy, spięte błękitną wstążką przecięły powietrze.

Westchnąłem dostrzegłszy widok rozciągający się za oknem. Nothintown pogrzebane pod obficie padającym śniegiem, było nadzwyczaj spokojne.
– Spałeś cztery miesiące Malroł – wyjaśnił Gordon.

Cztery miesiące – znowu zakręciło mi się w głowie. Ludzkie życie potrafi się odmienić w dzień, w godzinę. Przez cztery miesiące w świecie mogły zajść ogromne zmiany. I zaszły, o czym miałem zaraz się przekonać.
– Jak to możliwe? – zapytałem, przesuwając się ostrożnie do pozycji siedzącej.

Panna Flynn znowu się uśmiechnęła.
– Po prostu. Stracił Pan dużo krwi, a lekarze popełnili podczas operacji mnóstwo błędów, ale mimo to nie udało nam się Pana zabić – oznajmiła. – Początkowo wydawało nam się, że będzie Pan tak spał, ale już dwa tygodnie temu zaczął Pan wykazywać pierwsze symptomy przebudzenia.
– To znaczy jakie?
– Powtarzał Pan pewne imię.
– Czyje?
– Hart – Filbi ponownie znalazł się w pomieszczeniu, tym razem bez cygara.
– To pańska dziewczyna?
– Nie… – opadłem na poduszkę uznając, że ta pozycja będzie właściwsza do wysłuchiwania tych wszystkich złych nowin, które spodziewałem się usłyszeć.
– Czy on wygląda jakby miał dziewczynę? – zapytał retorycznie Filbi.
– I wyście tu codziennie przychodzili? – zapytałem z niedowierzaniem, ignorując jego uwagę.
– Tylko Pan Filbi – wtrąciła lekarka – Wyraźnie coś do Pana czuje.
– Nie ma Pani innych chorych? – Filbi wydawał się zniecierpliwiony jej żartami z siebie.
– Następnym razem będę powtarzał jego imię, żeby poczuł się lepiej – zdobyłem się na słaby uśmiech.
– Zostawiam Panów samych. Nie przemęczcie go – poleciła Gordonowi i opuściła pomieszczenie.

Przez chwilę nic nie mówiliśmy. Filbi zamknął drzwi i stanął obok okna. Wyjął z kieszeni nowe cygaro i przyciąwszy je uprzednio, odpalił je srebrną Zippo. Gordon zajął krzesło po drugiej stronie łóżka. Często stawaliśmy tak podczas przesłuchań, żeby podejrzany czuł się osaczony. To musiał być odruch z ich strony.
– Zdaję sobie sprawę, że nie jest i nie będzie ci łatwo, ale wszystko się zmieniło – zaczął komisarz Gordon. Filbi patrzył na miasto z cygarem w zębach.
– Do rzeczy – poprosiłem.
– Jesteś w czarnej dupie Malroł.
– Nic nowego.
– Tym razem naprawdę jesteś w czarnej dupie – odezwał się wreszcie radny – i może lepiej byłoby dla ciebie umrzeć tam na Brackiej, w ramionach kobiety która cię kocha. – zaciągnął się cygarem i wziął je pomiędzy palce – Bo ty kochasz chyba tylko siebie.
– Zbawianie mojej duszy zostaw ojcu McPindyre’owi. Mówcie. Dostałem dożywocie? Krzesło elektryczne?
– Nic z tych rzeczy – zaprzeczył Gordon. – Nie było w ogóle żadnego procesu.
– Jak to?
– Tak to – Filbi ostrożnie cedził słowa – Zabójstwo Bergmana odbiło się szerokim echem w całym kraju. Niezaprzeczalnie był draniem, wiedział to każdy, od sprzedawcy obwarzanków z Rynku po Sekretarza Stanu, ale nawet drania nie zabija się w środku miasta, w kilka godzin po tym jak wygrał proces stulecia. Co tu się nie działo, po tym jak znaleźli jego ciało, a media podały pierwsze informacje o strzelaninie. Telefony dzwoniły przez trzy dni z rzędu, a Prokurator Generalny przybył osobiście wszystkich nas poopierdalać i postraszyć przyśpieszonymi wyborami, mimo że nie minęła nawet czwarta cześć kadencji. „Nothintown – miasto bezprawia!”, tak wyglądały nagłówki ogólnokrajowych gazet. Klimat był taki, że gdyby wprowadzili tu stan wojenny, podpisaliby się pod nim najwięksi obrońcy „praw człowieka” – zaciągnął się cygarem.
– A co z Hart? – to pytanie powinno paść wcześniej.
– Cierpliwości, dojdę do tego – wyjaśnił. – Gordon.

Komisarz skinął głową i kontynuował za niego.
– Potem znaleźliśmy ciebie i Hart, całą w twojej krwi. Na miejscu zbrodni nie było wprawdzie twoich odcisków palców, broni, ani łusek, ale…

Dzielna mała, Marianne.
– Ale byliśmy dziwnie pewni, że nikt inny nie mógł mieć tak nasrane we łbie, żeby samotnie zasadzić się na Bergmana – wtrącił Filbi.
– Twardych dowodów nie było – przytaknął Gordon – choć kula w twoim ciele pasowała do pistoletu Bergmana.
– Następnym razem, gdy zechcesz kogoś zabić, pozbądź się też jego broni. Albo nie daj się trafić.
– A Parker?
– Co Parker?
– Parker nie zeznawał przeciwko mnie?
– Chciał. Daj nam skończyć – urwał Filbi. – Skojarzyliśmy cię z zabójstwem Bergmana, bo trudno było cię z nim nie skojarzyć. Naszym śladem od razu poszły media. Nie wiemy do dziś kto mógł sypnąć, ale nie jesteś znowu tak lubiany, żeby nie mógł to być ktokolwiek. Oczywiście media dodatkowo postawiły wszystko na głowie, robiąc z ciebie kogoś w rodzaju pierdolonego, samotnego mściciela, wymierzającego prawo tam, gdzie nie sięga ręka sprawiedliwości. Szturmowali szpital z aparatami, ale ta Flynn, która uratowała ci dupę, całkiem sprawnie to zorganizowała. Mieliśmy problem, duży problem, a proces wisiał w powietrzu. Zrozum, gdybyś umarł, byłoby nam znacznie łatwiej.
– Przepraszam, że nie umarłem.
– Przeprosiny przyjęte – machnął ręką Filbi – Ale Hart będziesz musiał kiedyś przeprosić osobiście.
– Co z nią?
– Moment. – znowu uniknął odpowiedzi – Gordon.
– Cztery morderstwa pierwszego stopnia, Malroł – wzruszył ramionami komisarz – Za to sadza się na krześle elektrycznym.
– Ale nie można zabić bohatera mediów, dlatego groziło ci „tylko” dożywocie. A raczej groziłoby ci, gdyby nie Hart.
Wreszcie.
– Miłość to dziwna rzecz… – Filbi ponownie odwrócił się do okna. – Chociaż nie wiem, jaki ona może mieć teraz stosunek do ciebie. Gordon.
– Hart, korzystając ze swoich szerokich uprawnień wyczyściła wszystkie fizyczne dowody łączące cię ze sprawą Bergmana. Nakłoniła też Parkera do zmiany zeznań. Proces musiałby oprzeć się wyłącznie na poszlakach, a na tym nikomu nie zależało. Media i tak stały po twojej stronie.
– Wiesz, że była z nim zaręczona? – spytał Filbi.
– Wiem.
– A wiesz, że już nie jest?
– Co?
– Zerwała zaręczyny nazajutrz po całym zajściu. Siedziała tu przy twoim łóżku dopóki wszystko nie zaczęło się sypać i nie musiała opuścić miasta.
– Ktoś musiał za to beknąć – wyjaśnił Gordon. – Nie może być tak, że zabija się człowieka w środku miasta, a morderca wychodzi z tego bez szwanku. Zacytuję generalnego: „Nie można tak wychowywać społeczeństwa.”
– Tak, Malroł. Prawda jest taka, że wszystkim się przysłużyłeś, a najbardziej społeczeństwu i dlatego to społeczeństwo musiało cię wydymać. W imię prawa i sprawiedliwości. To taka forma samooczyszczenia.
– Czyli? – zapytałem.
– Nie jesteś już policjantem. Zostałeś dyscyplinarnie zwolniony.

Odetchnąłem z ulgą. Żeby tylko tyle. Niestety było gorzej.
– Niestety to nie koniec złych wiadomości – kontynuował Gordon – Prawda jest taka, że najwyższą cenę zapłaciła Hart. Z prokuratury jej wprawdzie nie wyrzucono, ale zrobiony jej niesamowity bałagan w papierach i karnie oddelegowano do stolicy, do jakiegoś zapyziałego rejonu, gdzie będzie łapać wyrostków okradających nocą samochody. Filbi za to nie został wiceburmistrzem.
– Ale to mała strata w zestawieniu z głową Bergmana, więc nie mam do ciebie żalu – radny miejski uśmiechnął się szeroko.
– Tyle? – zasępiłem się.

Zrujnowałem dobrze zapowiadającą się karierę. Jesteś wielki, Malroł.
– Na razie tyle – zakończył Gordon wstając – Ta sprawa ciągle śmierdzi, ale może o tobie zapomną. Idę po kawę, chcecie coś do picia?

Zaprzeczyliśmy zgodnie, bez słów.

Masywny komisarz wyszedł na korytarz.
– Też będę musiał zaraz iść – oznajmił Filbi. – Mam tylko jedno pytanie i jedną prośbę.
– Wal – popatrzyłem za okno, będąc pewien, że nic gorszego nie może mnie już spotkać.
– Co robiła na moście siostra mojej żony?

Mimowolnie się uśmiechnąłem. Filbi wiedział „prawie” wszystko.
– To skąd to wiesz, jest twoją tajemnicą. To co ja wiem, będzie moją. Obiecałem, wybacz – wymieniliśmy spojrzenia.
– Niech będzie – mruknął, krzyżując ręce za plecami i odwracając się do okna – Choć nie podoba mi się to, że okłamuje mnie własna żona.

Wiedziałem, że i tak będzie drążył temat dopóki się nie dowie.
– A prośba? – spytałem, ignorując jego uwagę.
– Nie dzwoń do niej. Przynajmniej przez rok, aż to wszystko nie ucichnie.
– Chodzi ci o Hart? – spytałem naiwnie.
– Nie, kurwa, o Marilyn Monroe. Oczywiście, że o Hart!

Wypuściłem powietrze.
– Muszę…
– Nic nie musisz – przerwał mi. – Możesz to tylko pogorszyć. Zostaw ją w spokoju. – popatrzył na mnie. – Zajmij się sobą i miastem.
– To miasto mnie nie potrzebuje.
– Mylisz się – zatoczył dłonią łuk wzdłuż widoku rozciągającego się za oknem. – Potrzebuje nas obu. To teraz nasze miasto.

Teraz to on się mylił.

Kraków, grudzień 2012 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *