Zestawienie krótkich recenzji z 2018 r.

Ażeby nic w przyrodzie nie zginęło, poniżej zestawienie krótkich recenzji, opublikowanych w 2018 r. w mediach społecznościowych. Delikatnie mówiąc, nie był to dla mnie czas oglądania zbyt ambitnego kina i mam szczerą nadzieję, że… to samo będę mógł powiedzieć podsumowując aktualny rok.

FILMY I SERIALE

„Zagłada” (2018)

„Zagłada” (2018)

Peter jest nudnym, zapracowanym ojcem rodziny, którzy nie ma czasu dla żony i córek. W jego bezbarwny żywot nieco kolorytu wprowadzają tylko koszmary, w których widzi zagładę otaczającego go świata. Niespodziewanie, pewnego dnia – senne mary zaczynają się urzeczywistniać…

Czy można zrealizować niezły film, oparty na setce ogranych fabularnych schematów i banałów? Można, jeżeli towarzyszy mu choć jeden oryginalny pomysł.

Na zwiastunach „Zagłada” wygląda jak średniobudżetowe dziecko „Wojny Światów” i „Bitwy o Los Angeles”. Aktorzy się nie wyróżniają, efekty specjalne raz wychodzą lepiej, a raz bardzo źle, scenariusz miejscami grzęźnie na mieliznach niedorzeczności – ot typowy netflixowy „przeciętniak”.

Kiedy jednak już zaczynamy ziewać, pojawia się „plot twist”, wywracający fabułę na drugą stronę. To nic, że rzecz niesie ze sobą masę nielogiczności, że kończy się raczej przeciętnie, a w encyklopediach sci-fi zapisano by ją pod hasłem „zmarnowany potencjał”.

Ten jeden oryginalny pomysł i zwrot akcji zapamiętam na długo.

Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=RrSKSqLS9e8

Polecam, gdy obejrzeliście już wszystko inne.
Ocena: 5/10 (na zachętę).


„Jeszcze nie koniec” (2017)

„Jeszcze nie koniec” (2017)

Miriam i Antoine poznajemy w trakcie rozprawy rozwodowej, która pozwala dość szybko wyrobić sobie zdanie na temat głównych bohaterów widowiska. Ona chce zostawić przeszłość za sobą, on nie może się z tym pogodzić. Zakładnikiem tej sytuacji staje się ich najmłodsze dziecko. 

Od czasu do czasu rozwodzę ludzi i lubię myśleć, że jestem uodporniony na rzeczywistość, ale o „Jeszcze nie koniec” myślę dłużej, niż o którejkolwiek z ostatnich spraw. Film jest surowy, niełatwy w odbiorze i generalnie (może z pominięciem ostatnich scen) ogląda się go jak dokument.

Rzecz niczego nie ubarwia, pokazując post-rodzinny dramat ze wszystkimi szczegółami. On już na pierwszy rzut oka ma ze sobą solidne problemy, Ona nie bardzo potrafi ochronić przed nim siebie i dzieci. Najmłodsze z nich, wcale nie chce znać agresywnego ojca, ale podlegając opiece naprzemiennej, nie ma w swojej sprawie nic do gadania.

Atmosfera jest ciężka już od pierwszych minut, a przeczucie że zaraz „coś się wydarzy” nie ustępuje do samego końca filmu. W rezultacie „Jeszcze nie koniec” staje się raczej stresującym przeżyciem, niż wieczornym „zabijaczem czasu”.

Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=8NZ0IYipsn4 

Polecam, jeśli chcecie nie móc zasnąć.
Ocena: 7/10.


„Dziewczyna we mgle” (2017)

„Dziewczyna we mgle” (2017)

Śledczy Vogel, słynący z nietypowych metod dochodzenia do prawdy, zostaje wysłany do górskiego miasteczka, aby rozwiązać sprawę tajemniczego zaginięcia szesnastoletniej dziewczyny. Czy to sprawka kogoś z zewnątrz, czy może jednego z pobożnych mieszkańców miejscowości? A może dziewczyna padła ofiarą mitycznego seryjnego mordercy, rzekomo grasującego w rejonie od dziesięcioleci?

Do niemiecko-francusko-włoskich kryminałów podchodzimy ze zrozumiałą rezerwą (wiadomo – Skandynawowie i Anglosasi robią to lepiej), ale nie warto skreślać „Dziewczyny we mgle” z powodu kapitału, który za nią stoi, bo ekranizacja bestsellerowej książki Donato Carrisiego – który zresztą osobiście stanął za kamerą – to w gruncie rzeczy całkiem udane przedsięwzięcie.

Carrisi nie próbuje na nowo odkryć Ameryki. Kleci fabułę ze znanych schematów, wrzucając do kotła górskie miasteczko położone z dala od wielkiego świata oraz galerię typowych dla kryminału postaci, jak: doświadczony śledczy z rysą na życiorysie; nieudolna miejscowa policja; czy nowi mieszkańcy miasteczka, na których z miejsca pada podejrzenie, etc. – lecz wychodzi mu z tej oklepanej mieszanki całkiem strawne danie.

Zakończenie jest przewidywalne, ale satysfakcjonujące.

Chyba sięgnę po książkę.

Zwiastun: https://youtu.be/CoGwLSGWSck

Polecam, jeśli nie wierzysz, że zachodni europejczycy też potrafią zrobić przyzwoity kryminał.
Ocena: 7/10.


„Zimna Wojna” (2018)

„Zimna Wojna” (2018)

Polska, 1949 rok. On jest pianistą, który w powojennej rzeczywistości organizuje ludowy zespół, ona młodą śpiewaczką i tancerką. Pięć minut po pierwszym kadrze ona stanie przed nim i zaśpiewa, a uczucie, które ich połączy wyda się komuś niezłym pomysłem na film. 

Nowy film Pawlikowskiego to oględnie rzecz ujmując – historia trudnej miłości potraktowana w niemodnie poważny sposób i opakowana w absolutnie rewelacyjne czarno-białe zdjęcia (chyba nikt już tak nie kręci…). Kot i Kulig grają tak, jakby naprawdę pomiędzy nimi iskrzyło, ale nawet przez chwilę nie pozwalają zapomnieć, że to „tylko” film, na dodatek z puentą przewidywalną już w trzecim kadrze.

Podobały mi się spokój i intymność sączące się z niektórych scen, a także muzyka. Zmęczył przyciężkawy klimat historii (tej powszechnej, a nie osobistej bohaterów) i artystyczne parcie na Oscara (ktoś tu bardzo chce „produkować” klasyki).

Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=UJzdbU_pT58

Polecam tylko wtedy jeśli lubisz europejskie kino artystyczne.
Ocena: 6/10.

PS: Zakończenie – banalne, trochę ratuje ostatnie zdanie.


„Jack Ryan” (2018)

„Jack Ryan” (2018)

Analityk CIA – Jack Ryan – zajmujący się badaniem podejrzanych transakcji finansowych trafia na ślad siatki terrorystów, która może doprowadzić do powtórki z „11 września”.

Brzmi banalnie? Jasne, ale nie dajcie zwieść się pozorom, bo serialowe „Tom Clancy’s – Jack Ryan” to naprawdę znakomita, telewizyjna rozrywka, godna nazwiska mistrza powieści sensacyjnej, które pojawia się przed tytułem.

Rzecz w tym, że wszyscy „lubimy melodie, które znamy”, a omawiany serial zapuszcza nam całą ich serię, wprost perfekcyjnie wykorzystując wszystkie gatunkowe patenty. Dostajemy zatem Jack’a „Jestem tylko analitykiem!” Ryana (w tej roli, jak zawsze znakomity – John Krasinski), którego nie sposób nie polubić, wplątanego w grubszą aferę wymagającą pracy w terenie. Jego oponent, to też nie pierwszy lepszy „psychol z brodą”, ale wykształcony w Europie, inteligentny i zrównoważony… psychol z brodą, którego motywacje dają się jednak zrozumieć[1].

Do tego Amazon dorzuca efektowny, trzymający w napięciu scenariusz, który nie obraża inteligencji widza[2] i sprawia, że chce się połknąć rzecz w całości w jeden wieczór oraz świetnie zrealizowane sceny akcji.

Czy można chcieć więcej? Można, ale czasami po prostu nie wypada.

Zwiastun: http://youtu.be/1KsyZF590NM

Polecam jeśli masz ochotę na naprawdę dobry serial sensacyjny.
Ocena: 8/10.

[1] na pewnym poziomie abstrakcji, który jednak jest mi równie obcy, jak wieczór wolny od pracy w środku tygodnia;
[2] w serialu m.in. ładnie nawiązano do ostatniego odkrycia, że terroryści komunikują się przez czaty w grach wideo + całkiem wiarygodnie pokazano amerykański program dronów bojowych.


„Niepoczytalna” (2018)

„Niepoczytalna” (2018)

Sawyer jest ofiarą stalkingu, próbującą poradzić sobie z traumatycznymi przeżyciami. Gdy w czasie rutynowej wizyty, wbrew swojej woli zostaje zamknięta w szpitalu psychiatrycznym, sama nie jest do końca pewna, co do stanu swojego zdrowia psychicznego. Na dodatek okazuje się, że w placówce pracuje jej dawny oprawca.

Zwiastun wygląda efektownie, a opis zapowiada przyzwoite dramatyczne widowisko, lecz realizacja całości mocno rozczarowuje. Jasne, Claire Foy w roli tytułowej „niepoczytalnej” daje z siebie wszystko, ale reszta obsady sprawia wrażenie, jakby w czasie kręcenia zdjęć myślami była już przy niedzielnym obiedzie. Wcale zresztą im się nie dziwię, bo scenariusz jest zwyczajnie kiepski, tj. dziurawy i nudny (dialogi jak z paradokumentów na Polsacie).

Reasumując – jedyne napięcie jakie odczuwałem podczas seansu, było związane z oczekiwaniem, aż film wreszcie się skończy.

Zwiastun: https://youtu.be/H-2vddrGd4A

W sumie to nie polecam.
Ocena: 4/10.
Votum separatum: Magda dałaby 7/10.

PS: Ciekawostka – całość zrealizowano za pomocą telefonu komórkowego.


„Berek” (2018)

„Berek” (2018)

Rzecz zainspirowana prawdziwą historią opisaną na łamach The Wall Street Journal[1]. Grupa przyjaciół od dzieciństwa gra ze sobą w berka, łamiąc wszelkie zasady zdrowego rozsądku. Kiedy jeden z nich – nigdy nie „klepnięty” – Jerry, postanawia się ożenić i wycofać z gry, mężczyźni łącza siły, by wreszcie go pokonać.

Lubię myśleć, że mam niezgorsze poczucie humoru, ale gdy tylko słyszę zbitkę „amerykańska komedia”, krzywię się jak niemowlak po zjedzeniu akumulatora[2].

„Berek” nie jest absolutnie złym filmem i zdarzają się tu momenty, w których można beztrosko „śmiechnąć”, ale to jednak rzecz o klasę gorsza niż chociażby analogicznie „ztargetowany” „Wieczór Gier”. Trochę szkoda, bo zebrano tu niezłą ekipę aktorów, a i pomysł na film był naprawdę zacny, tymczasem dominującym uczuciem podczas seansu pozostaje jednak poczucie uczestniczenia w pewnej żenadzie.

Nie można było zrezygnować z tych wszystkich „świetnych” dowcipów i dialogów o wackach i dupach?

Zwiastun: https://youtu.be/uVgLXkIlGOM

Polecam tylko wtedy, jeśli w młodości grałeś w berka.
Ocena: 4/10.

[1] https://www.wsj.com/articles/SB10001424127887323375204578269991660836834
[2] W sumie tak samo jest przy „polskiej komedii”, więc to może faktycznie jakiś mój problem, wymagający dłuższej terapii u specjalisty.


„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” (2018)

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” (2018)

Kinowa historia burzliwego związku Pablo Escobara (kolumbijskiego handlarza narkotyków) i Virginii Vallejo (popularnej w kraju dziennikarki), opowiedziana z perspektywy tej drugiej.

Szczerze mówiąc, nie wiem po co powstał ten film[1]. Jakiś czas temu Netflix zrobił wszakże serial („Narcos”), który jest dużo lepszy praktycznie we wszystkim: ma lepszy scenariusz, lepszą oprawę audio-wizualną, genialną narrację i… obsadę, która sporo lepiej poradziła sobie z postawionym zadaniem.

„Kochając Pabla” ma tylko „gorące” nazwiska Bardema i Cruz, które twórcy mogli sobie powiesić na plakacie, ale zaufajcie mi – to żaden atut. W „Narcos” Wagner Moura stał się Escobarem, a Javier Bardem tylko go udaje (i to – prawdę powiedziawszy – dość słabo). To samo można zresztą powiedzieć o każdym innym aktorze, który pojawia się w tym filmie, poza Penelopą. Ta jest poziom niżej, ocierając się już wręcz o groteskę.

Poza tym historia życia najpopularniejszego barona narkotykowego naszych czasów jest tak nieudolnie zmontowana z chaotycznie poskładanych kawałków, że gdybym jej nie znał – ciężko byłoby mi się domyślić o co chodzi. Za dużo tu wątków i bohaterów bez imion, zatem każdy w zasadzie jest nam tak samo obojętny.

Plus (dla facetów, dla kobiet to pewnie dodatkowy minus), że wątek romansu jest sklecony równie mizernie, jak reszta filmu.

Zwiastun: https://youtu.be/u0SPTUOALoc

Polecam tylko wtedy, jeśli nie możesz zasnąć po koksie.
Ocena: 4/10.

[1] Wiem, że dla hajsu, tylko udaję naiwnego.


„22 lipca” (2018)

„22 lipca” (2018)

W dniu 22 lipca 2011 r., prawicowy ekstremista Anders Brevik dokonuje krwawych zamachów na siedzibę Premiera Norwegii i uczestników obozu młodzieżówki norweskiej Partii Pracy, w których ginie łącznie 77 osób. Film Paula Greengrassa obrazuje zarówno moment zamachu jak i proces norweskiego zbrodniarza.

Tragiczna historia zamachu na wyspie Utøya dawała solidny potencjał nawet na dramat roku, ale wyszła bardzo… „netflixowo”, zatem co najwyżej przeciętnie. Oczywistym błędem było z pewnością przymuszenie norweskich aktorów do wypowiadania się po angielsku. Nie dość, że wyszło to bardzo koślawo (jak Boga kocham, niektórzy mają tak twardy akcent, jakby ich porwano z łodzi Haralda III Srogiego), to jeszcze pozbawiło ich bardzo potężnego narzędzia do wyrażania emocji. Nawet poprawna gra aktorów nie byłaby jednak w stanie uratować kiepskiego scenariusza, który miota się gdzieś pomiędzy chęcią jak najwierniejszego odwzorowania wydarzeń, czyli (całkiem rzetelnym) quasi-dokumentem, a pragnieniem poruszenia widza, czyli (kiepskawym) dramatem.

W rezultacie, choć pierwsze 30 minut filmu – przedstawiające sam zamach – robi porażające wrażenie, pozostała część i oba wątki główne, tj. zarówno Viljara, jak i Brevika – już zwyczajnie nudzą, a sam film rozczarowuje. Nie wiem czy Greengrassowi zabrakło odwagi, czy po prostu talentu, żeby wejść w „temat” zamachów z 22 lipca głębiej (a w obecnym klimacie, w którym skrajnie prawicowe ruchy robią się coraz niebezpieczniejsze, miałoby to rację bytu), ale efektem jego starań na pewno nie jest obraz, który zostałby w głowie na dłużej.

Szkoda, bo była to niezła okazja by ludźmi znowu potrząsnąć, a rzecz wywoła co najwyżej obojętne wzruszenie ramion.

Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=8H6G8E00l7E

Polecam tylko jeśli koniecznie musisz przypomnieć sobie ten temat.
Ocena: 5/10.


„Bodyguard” (2018)

„Bodyguard” (2018)

W czasie, gdy zagrożenie islamskim terroryzmem na terenie Zjednoczonego Królestwa osiąga punkt krytyczny, David Budd zostaje przydzielony do ochrony kontrowersyjnej, brytyjskiej Minister Spraw Wewnętrznych i szybko zaczyna nabierać podejrzeń, że jej życiu zagrażają nie tylko dżihadyści.

Nie dajcie się zmylić – to nie jest remake romansidła z Costnerem i Houston w roli głównej, tylko klasyczny, brytyjski „akcyjniak” trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej sceny. Netflix podaje go w 6 dawkach po 60 minut, ale całość wciąga na tyle, że zaliczyliśmy go w dwa wieczory, zgodnie uznając, że nie była to strata czasu.

„Bodyguard” zachwycił publikę na Wyspach, bijąc rekordy oglądalności i zwiększając szanse Richarda Maddena (Robb Stark z „Gry o Tron”) na otrzymanie roli Bonda (oby nie, bo nie pasuje), ale sukces serialu wcale nie opiera się na jego grze (jak dla mnie – nieco drewnianej), tylko na pozytywnie zamotanym scenariuszu i jego znakomitej realizacji.

Historia jest bowiem tak nasycona rozmaitymi wątkami i zróżnicowanymi postawami pierwszo- i drugoplanowych bohaterów, że nawet przez moment nie można być pewnym, kto tu jest tym „dobrym”, a kto „złym” i jaki będzie jej finał. Dodawszy do tego fakt, że „Bodyguard” – wzorem „Gry o Tron” nie boi się „kropnąć” ważnych postaci – otrzymujemy rzecz, która jak mało która, skłania do nerwowego obgryzania paluchów. A to już coś.

Zwiastun: https://youtu.be/4N4X3Gipil4

Polecam, jeśli brakuje ci połączenia solidnej akcji i brytyjskiego akcentu.
Ocena: 8/10.


„Król wyjęty spod prawa” (2018)

„Król wyjęty spod prawa” (2018)

Szkocja, początek XIV wieku. Arystokrata – Robert Bruce (poprawny Chris Pine) – po upadku powstania i męczeńskiej śmierci Williama Wallace’a, krótko cieszy się pokojem, stając na czele Szkotów walczących o niepodległość z Anglią Edwarda I (znacznie lepszy Stephen Dillane).

Najkrócej jak się da: „Netflix” zrobił naprawdę porządny film historyczny[1]. Mogłoby to spokojnie lecieć w kinach, a ludzie na ogół wychodziliby zadowoleni po zamienieniu na bilet banknotu z Bolkiem Chrobrym.

Pisałem o „Królu…” ze dwa miesiące temu, po obejrzeniu zwiastuna tkwiąc w lekkim napaleniu, bo: a) średniowiecze; b) film zaczyna się tam, gdzie Gibsonowski „Neuro…”, ekhem, znaczy ten – „Braveheart” – się kończył; c) jego twórca – David Mackenzie dał światu bezpretensjonalne i zaskakująco dobre „Aż do piekła” (2017).

No i udało się.

„Król wyjęty spod prawa” to oczywiście rzecz grająca przynajmniej ligę niżej, niż wspomniane arcydzieło Mad Mela i jednocześnie tak samo pretensjonalna (wiadomo: miłość, wierność i uczciwość małżeńska + patos, #SzkocjaJestNajważniejsza, a wszyscy Anglicy gwałcą i generalnie zachowują się jak naziści w synagodze), ale lepszego widowiska historycznego osadzonego w średniowieczu nie było już dawno.

Widać, że nikt tu grosza nie szczędził na scenografię i rekwizyty, a wszelakiej maści bitwy i starcia to już w zasadzie ekstraklasa. Do tego piękne krajobrazy (wiadomo – w górach Szkocji nawet kibel chwytałby za serce), niezgorsza muzyka (nie pamiętam filmu Netflixa, w którym bym zwrócił na nią uwagę) i odpowiednia dawka brutalności, okrucieństwa i humoru.

Zazwyczaj marudzę – tutaj nie śmiałbym.

Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=zGqhv6lSs9g

Zatem polecam, zwłaszcza gdy brakuje Ci „Braveheart”.
Ocena: 7/10.

[1] przeinaczenia nie odbiegają od Hollywoodzkiego standardu.


„Król wyjęty spod prawa” (2018)

„Nigdy cię tu nie było” (2017)

Były żołnierz, nieradzący sobie z traumatyczną przeszłością podejmuje się odnalezienia zaginionej nastolatki.

Złota Palma w Cannes (dla scenariusza), tytuł <<kobiecej odpowiedzi na „Taksówkarza”>>, „ochy”, „achy” i „dziesiątki” w recenzjach, a tak naprawdę to taka wydmucha, że szok. Pal licho pomysł na scenariusz, bo widywałem (i opisywałem tu) znacznie głupsze, ale realizację można opisać jednym słowem: ziew.

Rzeczy typowe dla tzw. „europejskiego kina artystycznego”: skupienie się przede wszystkim na ukazaniu skomplikowanej psyche protagonisty; długie rzuty kamery na jego twarz; celebrowanie i przeciąganie każdej najdrobniejszej sceny do granic możliwości – występują tu w większym stężeniu, niż koszulki z napisem „Konstytucja” w garderobie Lecha Wałęsy.

I owszem – Joaquin Phoenix daje z siebie wszystko – wspomina, cierpi, zamyśla się, i pewnie nawet młotek czyści w taki sposób, jak jeszcze nikt w historii kina, ale to wszystko na nic. Oglądanie „Nigdy cię tu nie było” tylko dla jego roli to bowiem czystej wody intelektualny masochizm.

Zdaję sobie sprawę, że kino nie jest tylko od dostarczania dobrej zabawy, że czasem winno skłaniać do refleksji lub po prostu wywoływać emocje. Film Lynne Ramsay nie dostarcza jednak niczego z powyższych.
Tylko znudzenie.

Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=QV4i99gcsbw

Nie polecam, bo nic tu nie ma. Równie dobrze możecie przez godzinę patrzeć w ścianę.
Ocena: 3/10.


„Nielegalni” (2018)

„Nielegalni” (2018)

Ekranizacja powieści „Nielegalni’ i „Niewierni” Vincenta V. Severskiego (emerytowanego oficera polskiego wywiadu). 

Elitarna komórka polskiego wywiadu dowiaduje się o planowanym w Szwecji zamachu terrorystycznym. Broń, która zostanie użyta w zamachu, ma pochodzić z sowieckiego arsenału ukrytego na Białorusi. Równocześnie w Warszawie emerytowany generał białoruskich służb szantażuje Premiera Rządu RP. Oficerowie Agencji Wywiadu muszą za wszelką cenę przejąć archiwalne materiały obciążające szefa polskiego rządu. Wszystkie drogi prowadzą zatem do Mińska. Rozpoczyna się gra z czasem[1].

To jest ten moment, w którym po raz kolejny wzdycham i niechętnie (ale absolutnie zasadnie) przywołuję amazonowskiego „Jacka Ryana”. Bo „Nielegalni” na papierze, to może i pomysł dojrzalszy i bardziej złożony, lecz jego realizacja to już typowe polskie „meh”. Doprawdy nie wiem jak to jest, że Anglosasi potrafią z niczego wycisnąć porywający i trzymający w napięciu dramat, a nasi twórcy, z konkretnym pomysłem w kieszeni umieją co najwyżej wymusić ziewanie.

W zamierzeniach – chciano opowiedzieć o polskim wywiadzie w sposób mieszający wielowątkową intrygę i akcję z wątkami z życia osobistego agentów (celem pogłębienia postaci). Zdolny scenarzysta potrafiłby to sensownie połączyć, ale najwyraźniej w czasie rozpisywania fabuły „Nielegalnych”, akurat wyszedł na papierosa. W efekcie serial to zlepek scen rodem z „Trudnych spraw” i chaotycznej intrygi z milionem słabo zarysowanych postaci i wątków, sprawiającej wrażenie rozpisanej po knajpianej burzy mózgów przez studentów Beskidzkiej Wyższej Szkoły Umiejętności w Żywcu.

Niby bohaterowie posługują się pięcioma językami, robią poważne miny, strzelają i biegają z miejsca na miejsce (Turcja, Warszawa, Mińsk, Sztokholm), udając że chcą znaleźć „polskiego Bin Ladena”, ale całość w żadnym momencie nie wywołuje nawet grama emocji. Powyższemu na pewno nie pomaga zresztą obsada, bo poza Pławiakiem (który chociaż się stara) i Sewerynem (który zawsze jest przynajmniej niezły), pierwszoplanowe postacie (a zwłaszcza Grochowska i Juszczak) grają tu z równym zaangażowaniem co Kazik Staszewski ostatni koncert trasy po Podlasiu. Aż zaczyna się tęsknić za ekipą z „1983”.

Nie liczyłem na wiele, ale to krok w tył nie tylko w stosunku do „Kruka” czy „Paktu”, ale nawet i pierwszego „Belfra”.

Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=IEqh4U_NSx0

Polecam tylko wówczas, jeśli koniecznie musisz zobaczyć polski serial.
Ocena: 5/10.

[1] Opis zaczerpnięty ze podstrony serialu w portalu Filmweb: https://www.filmweb.pl/serial/Nielegalni-2018-794375/descs


„Nie otwieraj oczu” (2018)

„Nie otwieraj oczu” (2018)

Nieznana siła doprowadza ludzi do szaleństwa skłaniając ich do odebrania sobie życia. Jedyną szansą na uchronienie się przed utratą zmysłów jest zasłonięcie sobie oczu. W tym postapokaliptycznym świecie, Malorie musi znaleźć schronienie dla siebie i swoich dzieci.

Kolejna propozycja od Netflixa. Tym razem dostajemy miks słabego „Zdarzenia” z 2008 r. (samobójstwa) z niezłym „Cichym miejscem” (zmysły, sztuka przetrwania, wątki rodzinno-opiekuńcze), które już sobie umówiliśmy[1].

Zazwyczaj jest tak, że stwierdzam, że „pomysł jest niezły, ale realizacja już taka sobie”, natomiast tu dla odmiany – i pomysł i realizacja są „takie sobie”.

Zacznijmy od tego, że nie jestem fanem koncepcji „niewytłumaczalnego zjawiska”. Ja wiem, że to bardzo wygodne dla scenarzysty, bo wszelkie widoczne na pierwszy rzut oka nielogiczności i dziury fabularne jest w stanie tym wytłumaczyć (na zasadzie: „Stary, k***a, no nie da się tego wytłumaczyć, jednego to dopada choć niby nie patrzy, a drugiego nie dopada, choć patrzy!”), ale dla mnie to pójście na łatwiznę. Jak już nie chcesz zdradzać istoty i genezy zagrożenia to przynajmniej nakreśl czytelne prawa i zasady związane z tym zagrożeniem, a nie rób z logiki byłej prezes Wisły Kraków S.A. Dla mnie stężenie wątków nadprzyrodzonych jest w „Nie otwieraj oczu” nadmierne. Niby coś się ukazuje (jednym tak, innym nie), potem znowu to coś zaczyna do ludzi szeptać – totalnie bez sensu.

Poza tym, wybrany przez twórców pomysł na otwarcie – czas teraźniejszy, a potem akcja cofająca się pięć lat wcześniej – na wejściu zdradza komu udało się przetrwać starcie z „pragnieniem strzelenia samobója”, a komu nie.

Do tego dochodzą – Sandra Bullock (niezła, bo jej się chce), John Malkovich (słaby, bo mu się nie chce) i cała plejada przeciętnych „no name’ów”.

Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=KCavXsEiyJM

Polecam tylko wówczas, jeśli jesteś fanem późnych tworów M. Night Shyamalana.
Ocena: 4/10.

[1] Tu: http://nudnerzeczy.pl/ciche-miejsce-2018/ – podobało nam się.
[2] Muzykę skomponował duet Trent Reznor i Atticus Ross, ale w filmie niestety niespecjalnie rzuca się w uszy.


KSIĄŻKI

Jakub Żulczyk – „Ślepnąc od świateł” (2014)

„Ślepnąc od świateł” (2014)

Przy okazji recenzji serialowej adaptacji „Ślepnąc od świateł”, napomknąłem, że miałem też okazję zapoznać się z powieściowym oryginałem, zatem poniżej kilka słów na ten temat.

Zacznijmy od odpowiedzi na pytanie – czy opłaca się czytać książkę, gdy widziało się serial? W mojej ocenie nie bardzo, bo tak jak wspominałem – produkcja HBO to bardzo wierna adaptacja z dialogami wprost przepisanymi do scenariusza. Oczywiście są pewne różnice, lecz sprowadzają się one raczej do detali (miejscami inna kolejność zdarzeń i ich przebieg, bez wpływu na skutki wydarzeń i ocenę bohaterów).

Książka z pewnością rozszerza za to narrację protagonisty, bo pełna jest barwnych i naprawdę nieźle napisanych monologów wewnętrznych. Powieściowy narrator (Jacek) to nadal cyniczny materialista, który na własne życzenie utknął w gównianym wycinku rzeczywistości i teraz pragnie jego zagłady, lecz jednak solidniej nakreślony i lepiej uzasadniony, niż jego serialowy odpowiednik (Kuba). Siłą rzeczy, te wszystkie przemyślenia wewnętrzne dopełniają jego postać, pokazują skąd się wziął i dlaczego czuje się lepszy od innych. Jednocześnie łatwiej jest zrozumieć towarzyszące mu wizje oraz sny i ich znaczenie.

Poza tym – tak jak w serialu – dużo tu mocnego języka (nazywanego u nas nie wiedzieć czemu „ulicznym”) i taniej filozofii, rodem z „Pokolenia Ikea”, lecz w takim ujęciu, że nie ma się wrażenia, jakby wciśnięto je na siłę. Czytane dialogi pobrzmiewają zresztą wyraźnie lepiej, niż serialowe, bo nie zabija ich antytalent Nożyńskiego, Malikowskiej i Pokrzywińskiej.

Abstrahując jednak od telewizyjnej adaptacji – choć załączona okładka może sugerować, że mamy do czynienia z tanią literaturą sensacyjną – „Ślepnąc od świateł” Żulczyka, bez wątpienia stanowi najlepszy kawałek polskiej prozy, z jakim zetknąłem się od dawna. To mocna, intensywna literatura, budząca naturalne, prawdziwe emocje i zostająca w głowie na długo po przeczytaniu.

Jeśli zatem jeszcze nie miałeś kontaktu z serialem – polecam zapoznać się z nią wcześniej.

Ocena: 8/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *