“Baldur’s Gate II” (2000)

"Baldur's Gate II" (2000)

Przy okazji recenzji pierwszej części “Wrót Baldura” wspominałem, że z serią tą nigdy nie było mi specjalnie po drodze. Do “dwójki” – opatrzonej podtytułem “Cienie Amn” – siadałem zatem z należnym jej szacunkiem, ale bez przesadnego entuzjazmu, traktując ją raczej jako kolejną pozycję na liście “do odhaczenia”. Jak się okazało – zupełnie niesłusznie. “Baldur’s Gate II” w dużych dawkach, to wciąż świetna produkcja, którą po technicznym podrasowaniu można by dziś sprzedawać w pełnej cenie.

To nie tak, że wcześniej nie zdążyłem jej już zaliczyć. Niestety dla niej – doszło do tego w okresie, w którym z absurdalnych powodów[1]Uznałem, że przy tej ilości produkcji i aktywności “pozagrowych” nie mam czasu na samodzielne rozpracowywanie takich pozycji. – kończyłem kolejne produkcje z solucją przed nosem. Jak to pozbawia immersji i radości z odkrywania fabuły – chyba nie muszę tłumaczyć. Za drugim razem, jakieś 10 lat później, starszy i – chciałbym-żeby-w-istocie-tak-było – odrobinę mądrzejszy, podszedłem do kultowego dzieła BioWare już zupełnie inaczej. Bez presji skończenia jej “na full” w jak najkrótszym czasie; z zamiarem oddania jej tylu godzin na wciągnięcie mnie w swój świat, ile będzie potrzebować.

I zaiste – nie potrzebowała ich zbyt wiele.

Sesję z RPG niby najlepiej zacząć w gospodzie, ale ta od razu przenosi nas do lochu.

Sequel kompletny

Zacznijmy od tego, że to niesamowite jak bardzo można poprawić w dwa lata i tak już naprawdę solidny produkt. Bo choć pierwsze “Baldur’s Gate” było – szczególnie jak na swoje czasy – znakomitą pozycją, “dwójka” niemalże wszystko robi lepiej. Daje odbiorcy większą swobodę w odkrywaniu znacznie dłuższej i pełnej rozgałęzień historii; poprawia system rozwoju postaci i oferuje pakiet znacznie lepiej rozpisanych bohaterów niezależnych, którzy na dodatek potrafią wchodzić ze sobą w rozmaite interakcje.

Owszem, to jeszcze nie jest poziom serii “Knights of the Old Republic” oraz “Mass Effect”, ale wyraźnie widać, że BioWare już przy okazji “Baldur’s Gate II” złapało swój styl. Stosownie do tego – świat jest otwarty, lecz wyłącznie na tyle, by nie przeszkadzało to w narracji. Opowieść  jest w dużo większym zakresie oparta na emocjach protagonisty i odkrywaniu samego siebie, niż na tradycyjnych wątkach “ratowania świata”. Towarzyszący nam bohaterowie mają osobowość, chętniej rozmawiają, a z niektórymi z nich można nawet nawiązać głębszą więź (czytaj – mało wyrafinowany romans). Na deser dostajemy zaś – zależne od klasy postaci – “siedziby”, tj. swój własny kawałek podłogi (lub lasu) z rozwijającą go indywidualną ścieżką questów oraz bardzo jeszcze ograniczony, ale i tak ciekawy – crafting.

“Baldur’s Gate II” już w 2000 r. wyznaczyło zatem szereg standardów bez których trudno wyobrazić sobie współczesne cRPG. Nie można jednak przy tym zapominać, że to wciąż dziecko “starej szkoły”, ze wszystkimi tego wadami i zaletami.

Oto gra w której poczujecie się potrzebni.

Zrób się na bóstwo

Fabularnie “Cienie Amn” kontynuują opowiedzianą w “jedynce” historię obdarzonego nadzwyczajną mocą potomstwa boga mordu – Bhaala. Nasz protagonista (również skażony krwawym dziedzictwem swego boskiego ojca) oraz towarzysząca mu drużyna, niedługo cieszą się sławą wybawców Wrót Baldura, gdyż w niewyjaśnionych okolicznościach zostają uprowadzeni i uwięzieni przez tajemniczego elfiego maga – Irenicusa. Budzimy się zatem w klatce, gdzieś w podziemiach Atkathli w Amn, wykończeni niekończącymi się torturami i tylko dzięki niezwykłemu, acz nieprzypadkowemu splotowi okoliczności, udaje nam się odzyskać wolność. Reszta – w tym znalezienie naszego opresora i wywarcie na nim słusznej zemsty – zależy już tylko od nas.

Historia jest naprawdę obszerna, bo jej pełne odkrycie i ukończenie wraz z dodatkiem (o którym niżej), to minimum kilkadziesiąt godzin wyjętych z życiorysu. Główny wątek to może nie pierwsza liga fantastyki i w mojej ocenie ustępuje temu z “jedynki”, lecz jednocześnie jest na tyle absorbujący, że nie zniechęca do inwestowania czasu w jego odkrywanie. A do powyższego dochodzi jeszcze oczywiście mrowie zadań pobocznych[2]Co ciekawe – część z nich ma charakter czasowy i da się je wykonać tylko w określonym terminie lub np. porze dnia..

Liczba zadań, jak i fakt, że tym razem startujemy w wielkim mieście, w którym wszystko jest na wyciągnięcie ręki – sprawiają zresztą, że na początku łatwo poczuć się zagubionym. Atkathla wręcz kipi aktywnościami. Na ulicy co kilka metrów ktoś zaczepia nas z prośbą o pomoc, w co drugim domu czeka na nas quest, a co trzecia piwnica posiada na wyposażeniu mauzoleum z liczem.

Niewątpliwym plusem w tym wszystkim jest fakt, że dzięki możliwości importu postaci z pierwszej części gry, mamy do czynienia z autentyczną kontynuacją losów naszego protagonisty[3]Choć istnieje oczywiście też opcja stworzenia sobie nowego bohatera od podstaw.. Rzecz pozwala przy tym przenieść nie tylko cechy i umiejętności (po pewnych modyfikacjach), lecz również zdobyty ekwipunek. W “Baldur’s Gate II” nie zaczynamy więc od początku, po przebyciu dziwnej amnezji, jak w dziesiątkach innych kontynuacji gier cRPG. Tu jesteśmy tym samym rzeźnikiem z dwuręcznym mieczem czy innym trzyręcznym toporem, którego zostawiliśmy na progu podziemnej świątyni Bhaala pod Wrotami Baldura. Konsekwencją powyższego jest zarówno “szacunek ludzi ulicy” (a przynajmniej tych, którzy nas znają, bo Atkathlę i Wrota Baldura dzielą jednak setki kilometrów), jak i naturalnie wyższa skala wyzwań. W “jedynce” los rzucał przeciwko protagoniście koboldy i orki, w “dwójce” natomiast musi mierzyć się z olbrzymami, smokami, a nawet demogorgonem.

Athkatla. Miasto monety. A także zbytku i wszelakiego kurewstwa. Generalnie dobre miejsce do zabawy.

Bogowie wojny

Niestety, jakkolwiek w okolicy roboty nie brakuje – przytłaczająca większość zadań nieszczególnie zapada w pamięci. Dzieje się tak, bo questy – zarówno te które pchają historię do przodu, jak i te dodatkowe – niemal w całości obracają się wokół staroszkolnego, cRPGowego standardu, tj. “zabij, przynieś, porozmawiaj-zanim-zabijesz-i-przyniesiesz”, z naciskiem na “zabij”. W rezultacie dialogi inicjujące zadania na ogół bywają pretekstowe, a drogę do typa, którego trzeba się pozbyć, nierzadko blokują grupy jego słabszych pobratymców (choć oczywiście nie w tej skali co w pierwszym lepszym “diabloidzie”.). Dalszym skutkiem tak dużej ilości walk jest niestety obojętnienie na kolejne fale oponentów do ubicia. Ta niekończąca się rzeź ma oczywiście swoje uzasadnienie fabularne i to całkiem sensowne, lecz prawdę mówiąc – niewiele to zmienia. Momentami częstotliwość walk staje się wręcz nużąca. W połowie drogi – gdy licznik pokazał już jakieś trzy tysiące ubitych istot, na wyskakujące z krzaków bandy wrogów patrzyłem już na ogół z mieszaniną litości i znużenia, a “wewnętrznemu głosowi” mojego protagonisty włączał się niebezpieczny sarkazm, w stylu: “Panie Ognisty Olbrzym, szanuję Waszą elokwencję, ale skończcie już pierdolić, bo mam do spacyfikowania jeszcze dwa piętra pełne twoich kumpli.”

Co innego – jeżeli chodzi o same walki z bossami. Smoki, demony i co potężniejsi magowie do samego końca pozostają groźnymi przeciwnikami. Starcia z nimi, potrafiące zająć i kilkanaście minut, to zresztą crème de la crème gry. Trzeba się do nich solidnie przygotować (mikstury + zaklęcia ochronne), należy je starannie zaplanować, a następnie porządnie ten plan wyegzekwować. Bestiarium jest tu zresztą naprawdę pojemne i zróżnicowane, więc każdy znajdzie tu swoją Nemezis. Mi osobiście, akurat najmocniej za skórę zaszedł Draconis z końcówki dodatku. Mimo wymyślnych taktyk, wredny typ bezlitośnie “ciorał” moją drużynę przez dobre cztery-pięć godzin, zanim wreszcie jakimś cudem nie padł, zaciukany serią korzystnych rzutów kośćmi.

“Dzień dobry Państwu, Urząd Celny, starszy inspektor Githyanki. A gdzie to sobie, kurwa, płyniemy?”

Bogowie spraw mechanicznych

No właśnie, jeżeli już przy rzutach kośćmi jesteśmy – warto pamiętać, że “Baldur’s Gate II”, podobnie jak poprzednik, dość wiernie interpretuje zasady drugiej edycji papierowego systemu RPG – Advanced Dungeon and Dragons. O dziwo jednak, tu fakt ten, nie boli aż tak bardzo jak w “jedynce”. Może i bowiem znowu mamy mało sensowny wpływ na cechy postaci (przy tworzeniu nowej czeka nas ponowna zabawa w losowanie), ale raz że dostajemy znacznie większy wybór ras i klas specjalistycznych (przykładowo taki wojownik może teraz występować jako “berserker”, “zabójca magów” lub “kensai”), dwa – awansujemy znacznie częściej (co pozwala na oczywiście większą elastyczność przy rozwijaniu postaci), trzy – przy zdobywaniu kolejnych poziomów możemy wybrać bohaterom konkretne umiejętności i zaklęcia, aktywowane w trakcie starcia.

Poza tym – po staremu.  W toku walk – toczących się oczywiście w czasie rzeczywistym z aktywną pauzą – wyniki rzutów wirtualnymi kośćmi wprawdzie się nie wyświetlają (choć jak ktoś ma taki kaprys, może to łatwo zmienić), lecz gdzieś w głowie człowiek ma, że trochę tu od szczęścia zależy. Nie wpływa to jednak negatywnie na grę i nie sprawia, że w jakiś istotny sposób różni się ona od cRPGów, w których element losowy nie występuje (lub jest bardziej subtelnie ukryty).

Bogowie technikaliów

Podobnie jak w przypadku “jedynki”, postanowiłem na razie ominąć zremasterowany “Baldur’s Gate II” w wersji “Enhanced Edition” i sięgnąć po oryginał wydany przez CD Projekt[4]Tak, oni kiedyś nie robili gier, tylko sprzedawali cudze.. W konsekwencji mogę sobie spokojnie ponarzekać, że np.: z wybieraniem optymalnych ścieżek przez bohaterów jest może i nieco lepiej, niż w poprzedniej części, ale nadal tak sobie (czytaj: członkom drużyny nadal zdarza się pakować prosto w pułapkę lub np. wleźć do rzeki lawy po kolana i stać w niej, póki nie sczezną); albo że skrypty sztucznej inteligencji są całkowicie nieprzydatne i walki trzeba de facto toczyć poprzez “rozklikiwanie” rozkazów dla każdej postaci z osobna (bo gra nic sama z siebie za nas nie zrobi).

Polowanie na wielkiego gada.

Poza tym, rzecz – choć bezproblemowo uruchamia się na współczesnych komputerach – cierpi na typowe objawy podeszłego wieku. Przykładowo – maksymalna obsługiwana rozdzielczość to teoretycznie tylko 800×600 pikseli. Istnieją wprawdzie mody, które umożliwiają jej podbicie do wartości HD, a nawet i więcej, lecz coś za coś – wszystko, łącznie z elementami interfejsu robi się wówczas strasznie małe[5]Co jest o tyle dziwne, że przy pierwszym “Baldur’s Gate” mody pozwalały na skalowanie wielkości ikon i tekstu.. Ostatecznie zresztą zdecydowałem się na taki wariant grania, ale tylko mój okulista wie ile w ten sposób zyskałem dioptrii (zrzuty ekranu dają niezły wgląd jak to wyglądało w rozdzielczości 1920×1080).

Nie spotkałem się natomiast z większymi błędami. Ot, ze dwa razy (na sto godzin gry!) program wysypał się do pulpitu, a trzy czy cztery – po wczytaniu gry nie uruchomił się skrypt popychający akcję do przodu.

Bogowie estetyki

Jak na dwadzieścia lat na karku – “Baldur’s Gate II” wygląda dobrze. Ręcznie rysowane tła są zazwyczaj pełne detali, a jednocześnie czytelne i przejrzyste. Owszem, zdarzają się lokacje zwyczajnie brzydkie (jak np. “sfera kieszonkowa” z dodatku), ale stanowią rzadkość. Choć jednak większości miejscówek trudno odmówić uroku, egzotyczna estetyka całości spasowała mi mniej, niż typowo średniowieczne lokacje w “jedynce”, a także zimowe krajobrazy w pokrewnym “Icewind Dale”. Być może z powodu obszerności gry (to przecież dziesiątki lokacji), szczególnie w dodatku, miałem wrażenie “stylistycznego przeciupciania” – że tak zacytuję klasyka. Trudno było mi uwierzyć, że te wszystkie miejscówki – tak bardzo od siebie odmienne – mogły się urodzić mniej więcej w tej samej okolicy.

To jednak tylko moje subiektywne odczucia, natomiast jeżeli chodzi o rzeczy obiektywne, to poprawki silnika graficznego względem pierwowzoru są niewątpliwe i widoczne gołym okiem. Istotnie ulepszono między innymi efekty zaklęć, a postaciom dodano odrobinę więcej animacji, zatem całość zdecydowanie zyskała na płynności. Nie zmienia to przy tym faktu, że jeśli coś w grafice naprawdę mocno się zestarzało, to są to właśnie animacje. Pozostają one najsłabiej wykonanym elementem wizualnym dzieła BioWare. Bohaterowie poruszają się sztywnym truchtem, jakby nieustannie pędzili do kibla, a bronią wymachują, jak plastikowe figurki z niedowładem kończyn.

Zupełnie jak na studiach.

Jeżeli chodzi o audio, to jest przeciętnie. Muzyka – poza motywem przewodnim z menu raczej nie wpada w ucho (a pisze to człowiek, który nadal potrafi wymruczeć cały soundtrack od Morrowinda, zatem można mu zaufać). Dubbing – po latach – jest zwyczajnie słaby i zachwycać mogą się nim wyłącznie stare dziady, które “growo” zatrzymały się na “Ultimie III”. Pozostałe udźwiękowienie natomiast, łącznie z odgłosami otoczenia, już daje sobie radę, nieźle budując odpowiedni klimat, choć podobnie jak w “pierwszej” części, mocno rozczarowują tu – trącące plastikiem – odgłosy walki.

Tron Bhaala

Jako, że “Baldur’s Gate II” to produkt czasów, w których o DLC z kosmetyczną zbroją dla konia, albo inną skórką dla miecza nie było jeszcze mowy, rzecz doczekała się dodatku z prawdziwego zdarzenia. “Tron Bhaala” to przy tym coś zdecydowanie większego niż “Opowieści z Wybrzeża Mieczy”, rozszerzające pierwszą część Sagi o Wrotach Baldura. To w zasadzie pełnoprawna kontynuacja przygody z podstawowej wersji gry, opowiadająca dalsze losy naszego protagonisty po pokonaniu ostatniego przeciwnika w “podstawce” i jednocześnie ostateczne zamknięcie wszystkich wątków z całej Sagi. To kilkadziesiąt godzin dodatkowej zabawy o wysokim stopniu trudności, to kilkadziesiąt nowych zaklęć i umiejętności, to możliwość zdobycia kilkunastu nowych poziomów i pociągnięcia dalej relacji pomiędzy postaciami.

Innymi słowy – to rzecz tak dobra i istotna, że trudno sobie w ogóle wyobrazić bez niej granie w “Baldur’s Gate II”. Tylko z nią doświadczenia związane z drugą częścią Sagi są naprawdę kompletne.

Podsumowanie

“Baldur’s Gate II” nie starzeje się być może do końca jak wino, ale to nadal znakomite, klasyczne cRPG – choć niewątpliwie raczej dla koneserów gatunku.

Bo powiedzmy sobie wprost, że pomimo oczywistych zalet gry (wielkość, historia, mechanika, etc.), patrząc przez pryzmat 20 lat, które upłynęły od jej premiery – nie jest to i tytuł pozbawiony wad, i rzecz dla każdego. Abstrahując już nawet od archaiczności pewnych rozwiązań i problemów technicznych, rzecz nie jest przyjaźnie nastawiona do ludzi przyzwyczajonych do lekkiej i szybkiej rozgrywki. Prawdziwym, “staroszkolnym” wyzwaniem są – po pierwsze – jej długość (wymagająca przy normalnym trybie życia zainwestowania weń miesięcy); po drugie – brak jakiegokolwiek wsparcia, nie mówiąc już o opcji poprowadzenia za rękę (zapomnijcie o kompasach, “radarach”, “wykrzyknikach”, etc. – wszystko musicie sobie tu znaleźć samodzielnie); a po trzecie – trudność walk (które potrafią dać w kość nawet na standardowym poziomie trudności).

Jeżeli jednak macie w sobie dość zacięcia – zdecydowanie warto się z nią spróbować.

"Baldur's Gate II" (2000) w statystyce:

Ukończenie gry na 100%, tj. zaliczenie zadań składających się na główny wątek podstawowej wersji gry, jak i dodatku oraz chyba wszystkich dostępnych zadań pobocznych, zajęło mi ok. 103 godziny.

"Baldur's Gate II" (2000) + EXP1
Podsumowując:
Ma swoje wady, ale i tak nie chce się wierzyć, że stworzono ją prawie 20 lat temu.
Na plus:
Niezła wielowątkowa i zapadająca w pamięci historia, którą można ukończyć na różne sposoby.
Ręcznie rysowane tła nadal robią bardzo dobre wrażenie.
Możliwość importu postaci z pierwszego "Baldur's Gate" (1998)
Taktyczne walki w czasie rzeczywistym.
Na minus:
To nie jest gra dla młodych ludzi.
Momentami zbyt duża ilość walk.
Pomijając znakomity motyw przewodni - pod względem ścieżki dźwiękowej przegrywa z konkurencją.
8.2
WARTO

Przypisy:   [ + ]

1. Uznałem, że przy tej ilości produkcji i aktywności “pozagrowych” nie mam czasu na samodzielne rozpracowywanie takich pozycji.
2. Co ciekawe – część z nich ma charakter czasowy i da się je wykonać tylko w określonym terminie lub np. porze dnia.
3. Choć istnieje oczywiście też opcja stworzenia sobie nowego bohatera od podstaw.
4. Tak, oni kiedyś nie robili gier, tylko sprzedawali cudze.
5. Co jest o tyle dziwne, że przy pierwszym “Baldur’s Gate” mody pozwalały na skalowanie wielkości ikon i tekstu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *