“The Mandalorian” – sezon pierwszy (2019)

Wprawdzie Disney funduje fanom “Gwiezdnych Wojen” prawdziwy rollercoaster, jeżeli chodzi o jakość kolejnych produkcji kinowych (na zasadzie – bardzo słabe odsłony nowej trylogii, solidne spin-offy), ale mało który z nich nie czekał w napięciu na “The Mandalorian”. Pierwszy aktorski serial osadzony w uniwersum wykreowanym przez George’a Lucasa przyciągał ideą (historia bezlitosnego, mandaloriańskiego Łowcy Nagród), obsadą (m.in. Pedro Pascal, Nick Nolte, Werner Herzog, Carl Weathers) i ekipą stojącą za kamerami, która zdawała się czuć – “o co w tym wszystkim chodzi”. Przedsięwzięcie miało zatem sporą szansę na powodzenie, lecz oczywiście nie musiało chwycić.

Szczęśliwie, miło mi poinformować, że i tym razem Disney “dowiózł”. “The Mandalorian” nie wzbudza może zachwytu, ale podobnie jak wspomniane wyżej “Łotr 1” i “Han Solo” – spełnia pokładane w nim oczekiwania. Co istotne – rzecz nawet nie udaje, że nie idzie po linii najmniejszego oporu. Pierwszy sezon “The Mandalorian” to bardzo prosta, pozbawiona jakiejkolwiek głębi i ambicji, opowieść o archetypicznym “dobrym” łowcy nagród, który oprócz spluwy ma też sumienie…

…tyle że zrealizowana we wzorowy sposób.

Jeżeli zatem przy okazji netflixowskiego “Wiedźmina”  mieliście to nieprzyjemne uczucie zażenowania, słuchając tych wszystkich słabych dialogów, śledząc niezdarnie poprowadzone wątki i obserwując plastikowe nieraz dekoracje i efekty specjalne – tu możecie być spokojni o poziom wykonania. Zestawienie obu seriali to bowiem porównywanie ze sobą rozgrywek angielskiej “Premier League” z polską “Ekstraklasą”. Niby w jednej i w drugiej kopie się w piłkę, jednak różnice widać jak na dłoni.

Bohaterem “The Mandalorian” – co może być pewnym zaskoczeniem wyłącznie dla mniej uważnych czytelników – jest łowca nagród wywodzący się z dumnego ludu Mandalorian. Protagonista nie jest oryginałem[1]przy trzeźwym zastrzeżeniu, że praktycznie wszyscy Mandalorianie w uniwersum SW zachowują się tak samo, niespecjalnie się też wysila żeby widz go polubił. Świetnie strzela, dobrze się bije i komunikuje się ze światem “jednolinijkowcami”. Mógłbym tu skłamać, że promieniuje aktorską charyzmą Pedro Pascala, lecz przez to, że cały czas ma na głowie hełm – nawet nie wiadomo, czy nie gra go jego matka. To stereotypowy zimny profesjonalista, z traumą z dzieciństwa, który na pewnym etapie zalicza spodziewaną i dość oczywistą – nawet jak na “gwiezdnowojenne” standardy – woltę.

I jeżeli można się tu czegoś czepiać, to właśnie mało odważnej fabuły i pomysłu na protagonistę, w tym “łopatologicznych” retrospekcji z dzieciństwa pokazujących jak “powstał”. Sama wolta bohatera nie stoi przy tym w sprzeczności z konstrukcją postaci. “Mando” – jak nazywają go zleceniodawcy – generalnie robi co chce, byleby mieściło się w granicach jego własnego, mandaloriańskiego kodeksu. Ewidentnie szuka zadymy, bo pozwala mu tu szlifować umiejętności przetrwania (“This Is The Way”), cenne w trochę postapokaliptycznych klimatach Nowej Republiki, ale nie manifestuje w jakiś spektakularny sposób szczególnej “skurwysynowatości”. O żadnej “przemianie” zatem, w typowym znaczeniu tego słowa – nie ma tu mowy.

"The Mandalorian" - sezon pierwszy (2019)
“The Mandalorian” – sezon pierwszy (2019)

Jest za to fantastyczny, niepowtarzalny świat “Gwiezdnych Wojen” w nieco poważniejszym (podobnym do tego z “Łotra 1″), niż zazwyczaj wydaniu[2]Osobiście nigdy nie ukrywałem, że właśnie takie podejście do uniwersum wykreowanego przez Lucasa lubię najbardziej.. Dostajemy tu zatem Mandalorian, z ich militarystyczną kulturą; sieroty po Imperium, które nie mogą pogodzić się z jego upadkiem oraz łowców nagród stanowiących immanentny element słabego, czy wręcz nieistniejącego – postimperialnego wymiaru sprawiedliwości. Parafrazując Vadera – “the fanservice is strong in this one”. Całość bowiem nieustannie mruga okiem do widza, jakby cierpiała na jakieś osobliwe porażenie mięśnia, albo… jakby ktoś odhaczał kolejne punkty “Star Wars must have” z osobliwej checklisty. Rezultatem jest obecność “Baby Yody” – postaci ukochanej przez miliony i pierwszego prawdziwego strzału Disneya w dziesiątkę; zabawnego droida (nie chcę tu pisać o podobieństwie IG-11 do K-2SO, jednakże…), a potem także Tatooine i kandyny Mos Eisley. Ostatecznie okazuje się, że w scenariuszu znalazło się nawet miejsce na miecz świetlny i TIE-Fighter.

Czy to źle? Nie sądzę, bo raz że całość zaprezentowana została sprawnie i z wdziękiem; dwa – przecież za to właśnie kochamy “Gwiezdne Wojny”. Pozostaje jednak do zadania zasadnicze pytanie, czy bez całej tej “star wars’owej” otoczki “The Mandalorian” broniłby się jako samodzielne dzieło? Otóż w mojej ocenie tak. Bo to – mimo wspomnianej prostoty – dobrze zrealizowana opowieść przygodowa, trzymająca widza w stabilnym napięciu i dobrze zbalansowana na linii powaga – humor.

Może jest tak, że “Przebudzenie Mocy” czy “Ostatni Jedi” obniżyły moje oczekiwania i wystarczy poprawnie odrobiona lekcja, by micha cieszyła mi się od ucha do ucha, ale z przyjemnością zaliczyłem “The Mandalorian” dwa razy. Z przeciętnym serialem by mi się nie chciało. W tym momencie dałbym 8/10, a gdyby nie uwielbiał SW – oczko mniej. Z niecierpliwością wyczekuję drugiego sezonu.

PS. Całości towarzyszy rewelacyjny muzyczny motyw przewodni i dziesiątki cudownych concept artów (wszystko przy napisach końcowych) – oglądajcie do końca.

Przypisy:   [ + ]

1. przy trzeźwym zastrzeżeniu, że praktycznie wszyscy Mandalorianie w uniwersum SW zachowują się tak samo
2. Osobiście nigdy nie ukrywałem, że właśnie takie podejście do uniwersum wykreowanego przez Lucasa lubię najbardziej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *